czwartek, 9 grudnia 2010

Magda: świąteczne stygmaty czyli jak rozpoznać tę porę roku

Gdyby ktoś jeszcze się nie zorientował, kroczą radośnie w naszym kierunku Święta [bójcie się!]. Skąd to wiem? Oto kilku Jeźdźców Apokalipsy zapowiadających Boże Narodzenie:

1 - zima zaskakuje drogowców, którzy ze zdziwieniem obserwują opady atmosferyczne powoli zamieniające się w kleistą breję lub lód w zależności od temperatury...
2 - powierzchnie chodnikowe zaskakują przechodniów witając ich piaskiem i solą zaraz po tym jak ci orientują się, że wszelakie znaki malowane na chodnikach i drogach (jak pasy, olbrzymie rowery oraz strzałki) są o wiele bardziej śliskie i o wiele mniej widoczne spod śniegu niż fragmenty niemalowane podłoża;
3 - obniża się współczynnik inteligencji kierowców, którzy albo zaczynają się poruszać w tempie pozwalającym ślimakowi dosiąść się w biegu albo twierdzą, że opony zimowe to przesąd bab wiejskich i przyspieszają na pasach;
4 - reklamy wysysają resztki myślenia z odbiorców, dzięki czemu ulice i sklepy pełne są oszalałych zombie szukających mandarynek za 2,88 lub mamroczących numer do skrzata Andrzeja;
5 - natężenie piosenek "świątecznych" w radio zwiększa się wprost proporcjonalnie do zbliżania się do strefy Krysmasu, w związku z czym dżyngle belz i dżordż majkel stają się naszymi nowymi kolędami;
6 - pingwiniom w zoo marzną paluszki (serio - właśnie to ogłoszono!);
7 - im bliżej świąt tym mniej śniegu;
8 - moja mama urządza rewolucję na pawlaczu w celu okręcenia balkonu, całego bloku oraz okolicznych drzew ścisłym kordonem światełek, bombek i plastikowych mikołajów;
9 - znajomi i przyjaciele posiadający rodziny i dzieci przestają się odzywać, jako że nie mają czasu na socjalizowanie się nerwowo biegając po sklepach w poszukiwaniu robotycznych syrenek z wytrzeszczem i samostrzelających inteligentnych robotów;
10 - wszystkie sklepy - od tych mających w swoim asortymencie śrubki i zawiasy po salony samochodowe, pełne są spanikowanych klientów, manekinów w czerwonych czapeczkach i odpowiedniej na tę porę roku muzyki;
11 - nawet jajka z niespodzianką zmieniają się w mikołaje...

Czytałam kiedyś książkę o końcu świata, którego pierwszym symptomem była masowa histeria... Jeśli to już to jutro kupuję bilet na Bahama... No dobra, po świętach, bo nie daruję sobie jeśli nie zjem świąteczno-mamowego śledzia w oleju ;)

wtorek, 30 listopada 2010

Magda: Dzyń, dzyń, dzyń...

Szczerze powiedziawszy, do tej pory niezbyt lubiłam zimę - wieczne korki w drodze do pracy, czerwone nosy, szczypiące gałki oczne, niebezpieczeństwo dosłownie przy każdym kroku czyhające na biegnących do autobusu, przepocone kurtki współpasażerów, świąteczna szopka już od początku listopada, buty w których moje stopy wyglądają jak kozie kopytka...

W tym roku jest trochę inaczej - wraz z nadejściem pierwszego śniegu uczucie, jakby jakieś ważne obwody miały zwarcie w moim mózgu minęło, śnieg przykrył wydeptane trawniki oraz psie kupy, mogę w końcu bez kompleksów założyć czapę, w której wyglądam jak zaginiona bliźniaczka Jelcyna no i jest pretekst, żeby przypomnieć sobie w którym momencie przestać podgrzewać grzańca żeby jeszcze nadal był "winem" :)
I nic to, że na zimę zaczęłam magazynować każdą molekułę tłuszczu jaką mój organizm zdołał zassać w pożywieniu ale głównie z powietrza oczywiście. Cieszę się, że nie muszę wąchać ludzi w autobusach i nie muszę żyć jak kret bo zimowe światło słoneczne jest dla mnie dostępne także w godzinach "biurowych". Zima wyzwoliła mnie także od powracającej od czasu do czasu myśli, że potrzebny mi samochód - gdyby był, musiałabym go teraz skrobać, pchać, podkuwać i chuchać od środka...

Zima jest piękna - oglądana przez okna dobrze ogrzanego mieszkania! :))

sobota, 13 listopada 2010

Mari: senność...

...ostatnio głównie to odczuwam. Senność. Taką nie do opanowania. W objęcia Morfeusza uciekam często i przy każdej nadarzającej się okazji. Pozostając w tym nurcie tematycznym, obejrzałam niedawno (miało być wczoraj, ale że post ten zaczęłam pisać jakieś 10 dni temu, a później poddałam się senności właśnie, to z 'wczoraj' zrobiło się 'niedawno'...) film Magdaleny Piekorz "Senność". Rzecz utrzymana w nastroju listopadowym. Tyle samo prawdziwa, co przygnębiająca. Będę potrzebowała remedium. Czyli przynajmniej kilku odcinków "Friendsów" - na odreagowanie smutków różnych. A gdyby i to nie pomogło, może Madziare podzieli się ze mną swoimi wampirami ;)

Wracając na moment do tematu odchudzania, który obecnie jest mi równie bliski jak najodleglejsza z galaktyk, jestem przekonana, że przestój w traceniu zgrzewek wody na wadze u Madziare jest chwilowy. I co z tego, że trwa kilka tygodni? Czym jest kilka tygodni w porównaniu z wiecznością? To chwila przecież ;) Ja za chwilę rodzę. No dobrze, za jakieś 10 tygodni, ale wiadomo przecież, że ten czas zleci nie wiadomo kiedy. I tu natrętnie wraca do mnie pewna refleksja. O tym, że nie jest dobrze zafiksować się na tym, co wydarzy się za tydzień, dwa, miesiąc, rok. Bo myśląc o tym, co będzie, ucieka nam to, co jest teraz. Ta chwila, w której właśnie żyjemy. To, co można zrobić, to żyć najlepiej w chwili obecnej. Dobrze przeżyte chwile obecne złożą się na to, co przyniesie przyszłość.

Filozofuję listopadowo. Cóż, widocznie taki czas. Siedzę po turecku na kanapie z brzuchem tak dużym, że ledwie dosięgam do klawiszy laptopa. Dziewczyny kopią jak szalone. Najwyraźniej już teraz nie mogą doczekać się momentu, kiedy wydostaną się na nasz piękny świat. A może po prostu cieszą się chwilą obecną i tańczą swój taniec radości? Któż to odgadnie... ;)

piątek, 12 listopada 2010

Magda: o odchudzaniu słów kilka...

...w końcu z założenia miał to być blog o odchudzaniu właśnie, ale że niektórzy pomylili żywieniową prokrastynację z prokreacją ;) to temat jakoś zszedł był na plan dalszy. Może i dobrze, bo podobno maniakalne myślenie o odchudzaniu raczej przeszkadza niż pomaga i przytyć można z psychicznego przymusu pomimo rygorystycznego trzymania się diety. Potęga rozumu w czystej formie :)

Jak widać na magicznym pasku po lewej, wskaźnik na mojej wadze przestał się przesuwać w upragnionym przeze mnie kierunku. Stan ten trwa już od kilku tygodni - co dziwne (i totalnie demotywujące) nie ma znaczenia czy byłam grzeczna czy grzeszna (cały czas mówię o diecie ;)) Wprawia to nie tylko mnie ale i moją ulubioną panią dietetyk w stan permanentnego niezadowolenia - na kilku ostatnich spotkaniach rozważałyśmy nawet metodę szokową, czyli odrąbanie mi nogi, co zapewne odbiłoby się na mojej wadze. Zarzuciłyśmy jednak pomysł, jako że żadna z nas nie była w stanie się poświęcić aby obejrzeć film szkoleniowy z serii "Piła". Próbowałyśmy różnych sztuczek - przez ostatnie tygodnie poznałam 1001 potraw z kiwi i mango, nauczyłam się robić dietetyczne mielone (tu burza oklasków), z trudem udawało mi się spożywać coś co miało być grillowaną rybą (a było raczej spieczoną podeszwą) i nic. No dobra, kawa i wino nie sprzyjają odchudzaniu, ale co można robić jesienią? ;) Jedyną pociechą jest ubytek centymetrów w obwodach różnych, więc przynajmniej mogę znowu przygotować szafę  na nowych mieszkańców...

Tak, wiem - 16 kg to całkiem spory pies albo 3 zgrzewki wody średniogazowanej, ale do pełni szczęścia brakuje mi jeszcze pozbycia się 2 zgrzewek... Tak więc pani dietetyk podjęła ryzykowną decyzję, aby z fazy odchudzania przejść w fazę stabilizacji. Być może mój uparty organizm straci czujność, przestanie mi pokazywać środkowy palec i da się namówić później na jeszcze jeden skok w dół... Oby, bo jak nie, to czekam na najbliższą promocję na piły mechaniczne...

ps - widziałam ostatnio w necie majtasy ze specjalnymi silikonowymi wkładkami powiększającymi pośladki... coraz mniej rozumiem to, co się dzieje wokoło ;)

wtorek, 19 października 2010

Magda: jesienne klimaty

Dlaczego jesień zawsze pachnie palonymi liśćmi, mokrym psem, pomarszczonymi jabłkami i niepewnością? I to niezależnie od tego czy gdzieś w pobliżu są drzewa, psy i sady...
Dzisiejsza tajemnicza mgła natchnęła mnie nieco nostalgicznie - na fali tęsknoty za minionym kupiłam krem do twarzy dla pryszczatych nastolatek i wino o wdzięcznej nazwie Septiembre (to drugie z czystym sumieniem polecam miłośnikom). Dzięki temu uda się nieco cofnąć czas (chociaż jeśli spojrzeć na to z drugiej strony to po butelce wrześniowego czas wydatnie przyspiesza).

Jesień wyczynia dziwne rzeczy z ludzkim organizmem, a szczególnie kobiecym... Niezależnie od wieku zaczynamy jakoś tak częściej wzdychać, kupować więcej biżuterii, śnić przedziwne nocne historie i częściej spoglądać tęsknym wzrokiem na półki uginające się od gorzkiej czekolady z wiśniami. Ten sezonowy trend z Chopinem w tle pchnął mnie także na nieznane mi dotąd wody seriali wampirycznych. Nic tak przecież nie łagodzi jesiennych smutków jak wydatna blondyna w ramionach wychudłego bruneta o dziwnych upodobaniach kulinarnych... Ona przyzywa go czułymi myślami, a on w odwecie przysysa się do jej żywotnych arterii (niekoniecznie na szyi)... Jakaż szkoda, że nakręcili tylko 3 sezony, bo jesień w naszym klimacie długa... Na szczęście, moda na krwiopijczych samców o skomplikowanej osobowości trwa, więc można spokojnie skakać między serialami...

czwartek, 7 października 2010

Mari: czas to iluzja...

...a już z całą pewnością pojęcie względne. Niby powinnam mieć go pod dostatkiem, w końcu jestem na zwolnieniu, ale ciągle bywam raczej w niedoczasie. Bardzo dużo ostatnio śpię. Może to jest przyczyna moich niedomagań czasowych? Wiem, że nie można się wyspać na zapas (a szkoda), ale śpię jak szalona. Drzemka w ciągu dnia obowiązkowa. Czasem nawet dwie. Organizm w podwójnej ciąży potrafi dochodzić swego. Spróbowałabym się nie położyć, to pewnie zasnęłabym na stojąco.
W moim przypadku bilans lewego paska wychodzi na zero. Właśnie odzyskałam 6 kg, które udało mi się zgubić od kwietnia. Jak na połowę ciąży, to 6 kg uważam za naprawdę przyzwoity wynik, ale wczoraj przeczytałam z niepokojem w moim ciążowym kalendarzu, że od teraz powinnam się przygotować na gwałtowniejszy przyrost wagi spowodowany gromadzeniem tkanki tłuszczowej przez dzidziusia.
W moim przypadku razy dwa. Czy dzidziusie nie mogą sobie same gromadzić tej tkanki tłuszczowej? Bez mojego udziału? No ale tak to już jest. Im bardziej próbuje się od czegoś uciec, tym mocniej człowiek się z tym wiąże. No nic. Pozbędę się tego zbędnego tłuszczyku, kiedy już będzie po wszystkim.
Póki co ćwiczenie brzuszków nie wchodzi w rachubę - z przyczyn oczywistych.
Skoro nie mogę robić brzuszków, to chyba zjem śniadanie ;)

wtorek, 5 października 2010

Magda: newsflash

Reagując na zapytanie które ostatnio padło w moim kierunku, pragnę oznajmić że obie (a właściwie wszystkie cztery) mamy się dobrze i nie zarzuciłyśmy pisania bloga tym samym pokazując naszej publiczności mniej atrakcyjne tylne części naszych figur ;) Po prostu troszeczkę się rozpędziłyśmy...

Nie będę się wypowiadać za Mari (niech sobie sama znajdzie jakieś wiarygodne usprawiedliwienie ;) ), ale na swoją obronę napiszę, że jakby brakuje mi czasu oraz tematów, które chciałabym poruszyć na forum publicznym. No bo tak:
- historię jak to jechałam przez pół miasta umazana na włosach i twarzy serwatką z sera feta, myśląc że mężczyźni przyglądają mi się z atrakcyjnym zainteresowaniem (co w pewnym sensie było prawdą ale nie do końca z powodów dla których chciałabym, żeby się mną interesowano) , opowiadałam już tyle razy, że straciła na świeżości...
- kto nie był na koncercie Stinga, i tak nie zrozumie, co przeżyłam ostatnio w Poznaniu, a kto był to i tak wie, jak cudowny Mr Sumner ma głos i jak pięknie potrafi wywijać swymi tantrycznymi bioderkami...
- kto nie był na koncercie U2 i tak nie zrozumie jak bardzo można zmarznąć czekając na swoich idoli i jak bardzo może być to obojętne kiedy ma się w perspektywie zobaczenie najwspanialszego zespołu świata na żywo z pierwszego rzędu (włączając w to cudowne zmarszczki Bono i najbardziej na świecie iskrzące się buty basisty ;)...
- poza tym dostaję odsiedzin od pracy przy komputerze co nie wpływa pozytywnie na przyrost na pasku po lewej, za to niezmiernie wpływa na brak ubytku wagowego (poważnie zastanawiam się nad amputacją nogi żeby waga się zmieniła, tym bardziej że i tak ostatnio odmarzają mi stopy w nieogrzewanym mieszkaniu w którym siedzę teraz jak w czasach manufaktury okutana w pled i w rękawiczkach - chyba zapalę sobie gazową lampę do kompletu... ciekawe czy przysługuje od tego jakaś zniżka przy opłatach do ZUS...). Ale przynajmniej efekty jakieś widać :)
- coraz częściej przez telefon słyszę pytanie "To kiedy się zobaczymy?" od rodziców, przyjaciół, znajomych oraz pań próbujących zaprosić mnie na spotkanie informacyjne dotyczące fenomenalnych metod leczenia  kokluszu lub/i sprzedać kompletnie niepotrzebne mi rzeczy, jak np garnki (w lato natomiast sprzedawały ciepłą bieliznę z owczej wełny, która dzisiaj byłaby jak znalazł). Obiecuję, że nastąpi to wkrótce - jak tylko pokończę rozpoczęte projekty oraz zakupię żarówki, ponieważ w domu obecnie mam tylko 2 działające, które stosuję wymiennie w łazience i w kuchni, co utrudnia mi znalezienie skarpetek do pary... Za garnki raczej dziękuję...

czwartek, 9 września 2010

Mari: a pamiętasz ostatni dzień przed powrotem do kraju?

Nocowałyśmy w Dreźnie. Holiday Inn, ale jakże inny od tego w Genui. Zamiast jednego rodzaju pieczywa, 15 (słownie: piętniaście!) różnych ciemnych chlebków. A oprócz tego kilka rodzajów dżemów (a dokładnie 19!), świeżo smażone jajka, sajgonki, kilka rodzajów wędlin, warzyw ile dusza zapragnie, herbata i kawa. Nie mylić z włoskim barley shit. O słodkich maślanych bułeczkach nie wspomnę... Patrząc teraz na nasz lewy pasek, myślę sobie, że to dobrze, że w Genui standardy hotelowe są zupełnie inne niż w Dreźnie. W przeciwnym wypadku wynik 14,4 kg na minusie pojawiłby się tu jakieś pół roku później. Czyli to raczej dobrze, że w Genui żywili nas tak, jak żywili. Przynajmniej wychodziłyśmy z hotelu o własnych siłach :) Zazdraszczam Ci, Madziare, prawie 15stu zgudnionych kilogramów. Ja zamiast gubić, póki co, znajduję. Jestem w połowie ciąży. Przytyłam 4 kg. Całkiem nieźle jak na doświadczenia moich poprzednich ciąż. Ale jeszcze kilkanaście tygodni przed nami. Wszystko się może zdarzyć... ;)

Magda: przełom wieku

W ramach nagradzania siebie za wytrwałość trafiłam wczoraj do nowego sklepu z biżuterią. Jako że postanowiłam odciąć się grubą (nomen omen) kreską od korporacyjnego dresscode'u (którego przestrzeganie jakoś nigdy nie weszło mi za specjalnie w krew), nie zwracałam uwagi na biżuterię srebrną odpowiednią dla mojego wieku, tylko od razu uderzyłam w kierunku co bardziej kolorowych i plastikowych dziwactw. 

Obejrzałam sobie tony kluczyków do serc, truskaweczek, kotków, rybich szkielecików, świnek (podobno jest to hit sezonu), atrap zegarków i gitarek, ominęłam szerokim łukiem dział z Hannah Montana, udałam że wcale nie patrzę pożądliwie na biżuterię wzorowaną na Zmierzchu, z żalem w sercu odłożyłam na miejsce różdżkę wróżki i w końcu wybrałam kolczyki w kształcie babeczek z bitą śmietaną :)) Freud chyba nie miałby zbyt dużego pola do popisu...

Nie byłoby w tym drobnym epizodzie z mojego życia nic wartego wzmianki, gdyby nie finał. Stoję sobie mianowicie ze swoją nową zdobyczą w ręku kontemplując czy jednak nie zdecydować się na miniaturowe arbuzy (wybór tym trudniejszy, że były one w komplecie z miniaturowymi kaczuszkami, a to źle mi się kojarzy ;) i zostaję zagadnięta przez sprzedawczynie (wiek ok.20 lat): "A może zechciałaby Pani wybrać jeszcze coś dla siebie?" Na początku nie wiedziałam o co jej chodzi, przecież babeczki są dla mnie i tylko dla mnie! A później przyszło zgubne olśnienie i zaczęłam się rozglądać za chodzikiem...

Czy różowy robocik na różowym łańcuszku, którego zabezpieczyłam sobie czas jakiś temu jest oznaką nadchodzącego kryzysu wieku średniego? Dobrze, że nie jestem facetem, bo nie uniosłabym na szyi czerwonego porsche z 18-latką w środku ;)

wtorek, 7 września 2010

Mari: jako że zdarza mi się odkładać wiele rzeczy na 'później'...

...to 'już' wczoraj przejrzałam czerwcowy dodatek do 'Zwierciadła' - 'Sens' (ale za to z czerwca tego roku! ;) i wpadł mi w oko artykuł pt. 'Jutro, czyli nigdy' - o prokrastynacji. Prokrastynacja to chorobliwe, patologiczne wręcz odkładanie wszystkiego na później, czyli na 'Świętego Nigdy'. Wreszcie znalazłam wytłumaczenie stanu, w którym się znajduję od dobrych kilkunastu miesięcy. Nikt nie może mi już powiedzieć, że to lenistwo. Ta nazwa na 'p' bardziej mi się podoba ;)

I tu mogę zakończyć wątek naszej włoskiej wyprawy, choć za oknem jesienna słota, a z wyprawy przecież wróciłyśmy latem. Odkładałam pisanie, odkładałam i z sierpnia nagle zrobił się wrzesień (ale za to mamy nadal ten sam rok ;)

Żeby nie było, że tylko narzekam, bo śniadania nie takie, bo Pulpetta bez kołdry, w koszu łazienkowym śmieci po jakimś facecie, ale faceta w pokoju to już żadnego...
Wyjazd był mimo tych drobnych szczegółów szalenie udany. Każdego dnia wyszukiwałyśmy sobie wygodny kawałek plaży tylko dla nas, rozkładałyśmy parasole (kupiłyśmy własne, bo te włoskie do wynajęcia strasznie były drogie - ale przecież miałam już nie narzekać, więc nie będę :) i pławiłyśmy się od rana do wieczora w ciepłym morzu. No może nie tak od rana, ale od południa to już na pewno.
Ćwiczyłyśmy też regularnie mięśnie brzucha, bo przecież wiadomo, że nic tak brzucha nie kształtuje, jak porządna głupawka, trwająca nieprzerwanie od świtu do nocy :)

Do Pulpetty co wieczór dzwonił Książę Małżonek. Marta odbierała i zaczynała rozmowę radosnym: 'bongiorno' (czyt. 'bondziorno') i dalej radośnie sobie ćwierkali w języku angielskim, bo Książę Małżonek Polakiem nie jest. Któregoś wieczoru zdarzyło się coś zabawnego. Marta spodziewała się telefonu, ale że kończyła właśnie manicure, poprosiła, żebym to ja odebrała telefon i porozmawiała chwilę, aż ona będzie gotowa do przejęcia słuchawki. Powiedziałam, że nie ma sprawy, w końcu z Arshadem (to mąż Marty) znamy się od lat, poczucie humoru ma podobne do mojego, nieraz żartowaliśmy przez telefon, to i tym razem mogę.
Telefon zadzwonił. Marta nadal dłubała w paznokciach, Madziare przeglądała zrobione tego dnia fotki, odebrałam zatem i naśladując Martę, wykrzyknęłam radośnie:
- Bongiorno!
- Bongiorno - odpowiedział męski głos po drugiej stronie
Aha! Udaje, że mnie nie poznał i teraz będzie udawał, że to nie on - znam ja te jego numery.
Ciągnę więc dalej niskim, uwodzicielskim głosem:
- Hello, this is Marija speaking, how are you today?
- I have a phone call for you, madame - usłyszałam po drugiej stronie. Czyli nadal udaje, że to nie on! Tu go mam :)
- O, you have a phone call for me? Hmmm... I hope it's some hot Italian guy? - powiedziałam zalotnie.
- Well, I don't know, if it's hot Italian guy, but... shall I connect you? - usłyszałam zmieszany głos, który raczej nie był głosem Arshada... Czemu wcześniej nie rozpoznałam, że to nie on???
Aaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaa!!!!!!!!!!
Rozmawiałam z recepcjonistą, któremu w końcu udało się przełączyć do nas Arshada, niestety żadna z nas przez kilka następnych chwil nie była w stanie wytłumaczyć Arshadowi, dlaczego dusimy się ze śmiechu.
Krótko mówiąc nie nadaję się raczej do obierania cudzych telefonów i raczej nie powinnam tego robić. Po tym incydencie rozważałyśmy opcję wychodzenia z hotelu wyjściem garażowym, żeby uniknąć przechodzenia koło recepcji, ale zrezygnowałyśmy z tego pomysłu. I tak nikt nie wiedział, która z nas to Marija ;)

Zastanawiam się, co by tu jeszcze opisać, zamykając wątek włoskich wakacji... Szkoda, że żadna z nas nie miała laptopa ze sobą. Opisywanie wszystkiego na gorąco daje pewność, że więcej zabawnych historii, powiedzonek, ocali się od zapomnienia...

Madziare, czy oprócz naszego (i tu napiszę fonetycznie): 'sori, ajm pregnent' - wymawianego z włoskim akcentem, używanego w sytuacjach, kiedy musiałyśmy poważnie złamać przepisy ruchu drogowego, żeby dotrzeć do celu - miałam jeszcze coś opisać? Nie pamiętam.
Ale od czego są didaskalia? Pewnie jeszcze długo będziemy tu i ówdzie wtrącały: 'a pamiętasz, jak we Włoszech...'

Na tym zakończę póki co. I pójdę się zdrzemnąć. Odkładam tę drzemkę już od rana ;)

wtorek, 24 sierpnia 2010

Mari: jak to 'Włosi nie mają tradycji jedzenia śniadań?'...

...czyli ciąg dalszy następuje ;)
Wyobraźcie sobie Państwo, że Włosi nie mają tradycji jedzenia śniadań. Wiem, napisałam to już w tytule, ale musiałam powtórzyć raz jeszcze, bo do tej pory wierzyć mi się nie chce, że tak właśnie jest. Śniadanie dnia piewrszego było dla nas duuużym doświadczeniem. Moja babcia, kiedy jeszcze żyła, opowiadała mi o ciężkich czasach wojny i jak to niczego nie było do jedzenia, i jak jedli obierki z ziemniaków... Ale w życiu bym nie przypuszczała, że doświadczę tego na własnej skórze... a właściwie na kubkach smakowych.
Zjechałyśmy na nasze pierwsze śniadanie, pełne optymizmu i wiary w ten świat. W restauracji okazało się, że chyba spałyśmy za długo, bo do wyboru został jeden rodzaj bułek, tak twardych, że trzeba je było rozmiękczać w palcach, inaczej podrapałybyśmy sobie dziąsła, do tego masło - sądziłam, że nieświeże, ale po dwóch dniach okazało się, zę TO masło właśnie tak ma smakować, oprócz tego były pomidorki - 5, 6 sztuk do wyboru, zatem co rano jedna z nas rzucała się na pomidorki właśnie, a do tego jeden rodzaj sera (i dobrze, bo wiadomo, że kobieta i tak nie może się na nic zdecydować, więc przynajmniej w przypadku sera nie musiałyśmy podejmować żadnych decyzji. Dobrze było, jeśli jeszcze był na talerzu ;), do sera jeden rodzaj wędliny - znów dobrze, tu też pozbawiono nas dylematów ;) Zapomniałabym o jajkach. Gotowanych - jak na mój gust - raz w tygodniu. Raz, a dobrze. Zielone i twarde. Niby jajka, a każde z nich było niczym twardy orzech do zgryzienia ;) Szybko okazało się, że wcale nie wstałyśmy tego dnia za późno. Hotelowe śniadanie wyglądało tak każdego dnia. Codziennie rano wdrażałyśmy więc w życie nasz plan. Jedna polowała na resztkę suchych bułek, kolejna na pomidory i ser a jedna była coffee managerem. Z kawą też było super. Maszyna do napojów wyglądała okazale. Jeden przycisk był do gorącej wody, inny do kawy rozpuszczalnej, kolejny do kawy zbożowej, jeszcze inne były do kawy cappucino i kawy americano. Ta maszyna przypominała mi rosyjską ruletkę. Zgadzał się tylko przycisk do wrzątku. Wszystkie pozostałe sprawiały, że filiżanki były pełne - jak to mawiałyśmy - barley shit... Cóż, po angielsku brzmi to znacznie lepiej, zachowam więc oryginalne nazewnictwo... ;)
Kiedy oburzona śniadaniowym doświadczeniem, zadzwoniłam do Krzyśka i opowiedziałam Mu o naszych porannych perypetiach, dowiedziałam się, że to normalne, bo przecież Włosi nie mają tradycji jedzenia śniadań... Czy tylko my byłyśmy tym faktem zdziwione???

wtorek, 17 sierpnia 2010

Mari: o wyprawie włoskiej słów kilka… a nawet kilkanaście

Wybaczcie moje długie milczenie, ale dopiero teraz powoli dochodzę do siebie po tych wszystkich fantastycznych dźwiękach piosenek U2, które do dziś brzmią w mojej głowie.
Nie, co tam koncert w Turynie! Madziare śpiewała prawie całą drogę. A teraz się dziwi, że po takich doznaniach muzycznych słowa z siebie wykrztusić nie mogę... ;P

Powiem to raz i niech to będzie jasne jak słońce raz na zawsze: babskie wakacje są najlepsze na świecie! :)

Pierwszym naszym krokiem do sukcesu było wydostanie się z Warszawy. Aby ułatwić ten proces, tudzież aby pozbyć się nas jak najszybciej, mój mąż zakupił mi nawigację. Do tej pory nawigacją była mi mapa, ale przecież technika galopuje naprzód z prędkością światła, nie należy więc pozostawać zbytnio w tyle. Po szczegółowym instruktażu i wypróbowaniu tego małego telewizorka, zaprogramowałam najważniejsze punkty podróży. Najpierw adres hotelu w Norymberdze, później adres hotelu w Genui. Proste jak drut. Z tym urządzeniem nie można nie trafić do celu, a do tego jeśli prowadzi Cię Krzysztof Hołowczyc, sukces murowany.
Jakież więc było nasze zdziwienie, kiedy po godzinie krążenia po Warszawie, zerknęłyśmy do zaplanowanej trasy i jako punkt docelowy – zamiast hotelu w Norymberdze – zobaczyłyśmy jakąś ulicę w Paryżu. Z pewnością równie urokliwą jak miejsce w Norymberdze, do którego zmierzałyśmy, ale przecież to nie Paryż był celem naszej wyprawy! Dwie i pół godziny zajęło nam ponowne zaprogramowanie złośliwego urządzenia oraz wyjazd z Warszawy. Diabelski przyrząd pokazywał już tylko:
12 – godzin – do – celu…

Jechałyśmy dziarsko, gadając nieustannie dosłownie o wszystkim. Trochę szkoda, że nie miałyśmy włączonego dyktafonu. Wyszłaby z tego całkiem zabawna książka, albo chociaż materiał na skecze kabaretowe.
Po pokonaniu ponad tysiąca kilometrów dotarłyśmy ciemną nocą do Norymbergi. Po zalogowaniu się w hotelu, padłyśmy nieprzytomne na łóżka. Chyba żadna z nas nie miała problemów z zaśnięciem ;)
Rano śniadanie, kawka (proces… - chciałoby się dodać ;) i wyruszyłyśmy w dalszą drogę. Drugiego dnia miałyśmy do pokonania jedynie 700 km. Jazda po niemieckich autostradach to bajka. W Szwajcarii malownicze widoki zapierały nam dech w piersiach. Długie tunele też nam zapierały dech, ale z trochę innych powodów. Na szczęście każdy z nich kiedyś się kończył (zupełnie jak nasz lewy pasek na blogu ;) Kilkanaście godzin podróży zleciało nie wiadomo kiedy i znów ciemną nocą dotarłyśmy do celu naszej wyprawy, włoskiego miasteczka Genova, czyli Genua (nie mylić ze szwajcarską Genevą ;)

Po nocy spędzonej w Holiday Inn w Norymberdze, w hotelu tej samej sieci w Genui spodziewałyśmy się co najmniej tak samo dobrych warunków. Nie żebyśmy były aż tak wymagające, ale przynajmniej mogliby ścierać kurze od czasu do czasu. Pewnie ścierali. Bardzo od czasu do czasu ;) Marcia (Pulpetta czyli), będąc żoną managera jednego z londyńskich hoteli, postanowiła, że nie daruje im tego kurzu. Na nasze nieszczęście, znalazła też w koszu na śmieci w łazience jakieś pozostałości po męskich kosmetykach (dobrze, że tylko po kosmetykach...) i to tylko dolało oliwy do ognia. Cała obsługa hotelowa została postawiona na nogi. Cała, czyli jeden pan z recepcji, bo akurat była niedziela i dyżurował samotnie. Oj, nie miał ów pan lekkiej nocy z nami, bo dość szybko okazało się też, że Pulpetta ma na swoim łóżku tylko koc i prześcieradło. A kołderka gdzie???
Wszystkim, którzy się zastanawiają, czy napadłyśmy na bank, że stać nas było na tygodniowy pobyt w Holiday Inn w Genui, donoszę, iż mąż Marty zorganizował nam spory upust. Tak spory, że za ów hotel zapłaciłyśmy mniej, niż za średniej klasy hostel. Krótko mówiąc – żyć, nie umierać ;)

Perypetie pierwszej nocy sprawiły, że rano obudziłyśmy się mocno głodne (ja nawet potrójnie), szybko więc się ubrałyśmy i zjechałyśmy do hotelowej restauracji na śniadanie. Tu czekało nas kolejne rozczarowanie. Tak duże, że zaczęłyśmy żałować, że przez pomyłkę nie pojechałyśmy jednak do Paryża…

Ale o tym c.d.n…

wtorek, 10 sierpnia 2010

Magda: koncert (długo by opowiadać ;))

Wyprawa na koncert została zaplanowana jako część naszego dorocznego wakacyjnego wypadu - postanowiłam zaryzykować i namówiłam Mari na wyjazd do Włoch kosztem naszego dorocznego babskiego plażowania na ukochanej Krecie. Bilety na koncert kupione zostały tradycyjną fanowską metodą czyli w niezmiernie nerwowej atmosferze już pierwszego dnia sprzedaży - nie za bardzo orientowałam się na jakie miejsca, czy naprzeciwko czy za sceną, jako że mapka wyjątkowo mętna a włoski mało zrozumiały. Nieważne - ważne że były i to 'po taniości' jako ze wyjazd miał być ekonomiczny. Sprytny plan jednak padł w momencie, gdy dowiedziałyśmy się o operacji Bono i odwołaniu części trasy (na szczęście amerykańskiej jej części - niech nie mają za dobrze na tym zgniłym zachodzie ;)).
Jako że 'nasz' koncert miał być pierwszym koncertem europejskiej części trasy, czułyśmy się conajmniej lekko niepewnie więc postanowiłyśmy postawić na wolność wyboru i jazdę samochodem. Doszłyśmy do wniosku, że jeśli kieszonkowy rudzielec się nie wykuruje na czas, pojedziemy w innym kierunku... I muszę przyznać szczerze, że ta myśl kusiła mnie bardzo, szczególnie gdy siedziałam kilka tygodni w zaciemnionym pokoju marząc o zimnych drinkach i ciepłym morzu...

Fatum niewiadomego zawisło nad nami ponownie w momencie, gdy Mari idąc za głosem instynktu wykonała test ciążowy - z wiadomym wynikiem. Na szczęście na tym froncie wszystko było w porządku, lekarz dał nam zielone światło więc postanowiłyśmy nie zmieniać planów. Oczekując na wieści z niemieckiego szpitala w
którym Bono symulował ciężki uraz kręgosłupa, namówiłyśmy jeszcze jedną niewiastę o imieniu Marta na wyprawę z ziemi polskiej do włoskiej (albo to Marta namówiła nas - nie jestem do końca pewna ;)) Marcia wniosła w posagu znaczną zniżkę na noclegi w hotelu, dzięki czemu udało nam się nie zbankrutować kompletnie i wydawać mniej niż na hostel. Tyle że w Genui. Genua jest na wybrzeżu, 2 godziny drogi od Turynu - witajcie upragnione wakacje! :)) Żegnajcie - koczowanie pod stadionem i polowanie na autografy pod hotelem... Pożegnanie nie było jednak łzawe i obyło się bez scen ;)

Pławiąc się w nieprzyzwoicie ciepłym morzu i zajadając jego mieszkańcami w okolicznych knajpach (to akurat mój repertuar, dziewczyny patrzyły z fascynacją zabarwioną obrzydzeniem na moje kulunarne eksperymenty), zastanawiałam się cały czas jak to będzie - czy chłopaki dadzą radę po przerwie, jak będzie się sprawował głos i kręgosłup Bono, czy nadal wyjazd na drugi kraniec Europy zakończy się podsumowaniem 'Warto było...'. Moje towarzyszki miały szczęście, bo zastanawiać się nie musiały, za to musiały znosić moje próby edukacji muzycznej przed i po koncercie - z różnym skutkiem (chociaż przyznać muszę, że o wiele łatwiej im szło po fakcie).

W dniu koncertu na miejscu byłyśmy dość wcześnie jak na trybuny, ponieważ dopisek 'non numerata' przy oznaczeniu sektora (za przeproszeniem, curva nord) wzbudził mój słuszny, jak się później okazało, niepokój... Około 12:30 zaparkowałyśmy zupełnie po włosku w niezbyt dozwolonym miejscu w okolicy stadionu i ruszyłyśmy na przegląd tygodnia czyli podziwianie kolejki oraz poszukiwanie sępa, który obedrze nas ze skóry bo brakowało nam jednego biletu na wspomnianą curvę... Sępy zwane też konikami znalazły się prawie natychmiast, nawet nie trzeba było się ogłaszać, że bilet potrzebny. Przebicie niestety 3-krotne...Wstydliwa transakcja została dokonana głównie za pomocą pantomimy, ponieważ Włosi ani angielskiego, ani niemieckiego, ani francuskiego języka nie znają (a tu kończyły się nasze zasoby). Obejrzałyśmy następnie wystawkę z podrabianych koszulek (zwalczyłam w sobie chęć zakupu italodiscowej wersji w kolorze fiuletowym), uśmiałam się z masowo kupowanych przez Włochów badziewnych opasek i ruszyłam na poszukiwanie nieznajomych znajomych z jutowego forum a moje wspólniczki zadbały w tym czasie o mniej duchową strawę zajmując strategiczne miejsce w winiarni przy stadionie (wino jak zwykle okazało się przepyszne a moja interpretacja zamawiania dwóch lampek za pomocą tańca nowoczesnego - skuteczna ;). Poględziliśmy z kolegami chwil parę w pełnym słońcu i rozeszliśmy się każde do swojej kolejki - oni tam gdzie wskazywały numerki, ja do kolejki do drzwi z magicznym kółeczkiem, które okazało się prorocze bo kółeczko było, a jakże, w podłodze...

A w kolejkach (tych pod stadionem) jak zawsze - koczowanie, spanie, zdjęciowanie (min z podrabianym Bono na tle podrabianych koszulek), jedzenie (widziałam później na zdjęciach olbrzymiego grilla), śpiewy, zakupy (Włosi mimo że nieuzdolnieni językowo to jednak przedsiębiorczy naród i potrafią sprzedać grzebień łysemu a co dopiero zimne piwo czy wodę z lodem zasmażanym od kilkudziesięciu godzin fanom). Moje nieuświadomione koleżanki pytały zdumione dlaczego ci ludzie są za kratkami i mają numerki jak w obozie zagłady jakimś a do tego się z tego cieszą i dlaczego czekają od przedwczoraj zamiast iść zwiedzać miasto. Nawet niedługo zajęło mi wyjaśnianie mechanizmu kolejkowania i oraz tego że jak ktoś jest napiętnowany manią i fanizmem, to zrobi wszystko żeby być pod sceną, ze spaniem w krzakach przez dwa dni i biegiem przez płotki wzdłuż stadionu włącznie.

W okolicach 16.00 zaczął się potok sms-ów od ciekawych wieści spod stadionu więc poszłyśmy sprawdzić czy przy naszej bramce już wpuszczają i utknęłyśmy tam na 50 minut. W 40-stopniowym upale i zerowym cieniu. Manana, manana... Wrrrr..... W tym momencie znielubiłam Włochów baaaardzo, za to polubiłam Francuzów, którzy obgadali moją koszulkę Poland on the Horizon (a co!) i nawiązali konwersację o pogodzie. Nasza ciężarówka zaległa w cieniu a my z Marcią próbowałyśmy sforsować elektroniczną bramkę po tym jak nie mniej elektroniczni bramkarze co najmniej 3 razy poinformowali mnie, że tak, to właśnie ta bramkan jest właściwa. Oczywiście na migi. Ale to nie była TA bramka bo żaden bilet na nasz sektor tam nie działał. Nie działał też żaden bramkarz: "Do you speak English?" "No!" "Where should we go??" "Spierdalamento ragazza!" tja... na szczęście udało mi się uczepić rękawa młodzieńca który znał kilka zdań po angielsku i chyba zauważył że jest na nas skazany bo go nie puszczę, dopóki nie wejdę na stadion. Bidulek ciągał nas za sobą przez około godzinę, bo tyle trwała bieganina dość sporej grupy ludzi z naszego sektora od jednego ochroniarza do drugiego... Podobna sytuacja była pod kilkoma innymi bramkami - zdezorientowani (a w przypadku Włochów z pianą na ustach ze wściekłości) fani błądzili wokół stadionu próbując przeciskać się w różnych kierunkach i unikać blokad związanych z przepuszczaniem ludzi na płytę (kiedy puszczano kolejkowiczów, zatrzymywano pozostałych - taki ruch wahadłowy owocujący ściskiem i totalną dezorganizacją typu burdel na kółkach z gwizdkiem). Miałam już przed oczami wizję chodzenia do rana i szukania właściwej bramki albo bycia stratowaną przez rozśwcieczony tłum w podrabianych koszulkach. Na szczęście nasz półprzewodnik wykazał się sprytem i skopiowawszy mój manewr zakotwiczenia, dorwał ochroniarza, który nie zdążył się wyrwać i mam wrażenie, że zagroził co najmniej zrobieniem kolacji z głowy jego ulubionego konia nadziewanej węgorzami bo tamten postanowił znaleźć nam właściwą bramkę. I wtedy stał się cud na miarę zwycięstwa Polskiej reprezentacji w jakimkolwiek meczu - na czytniku pokazały się upragnione zielone strzałki! Mogłam więc oddać rękaw jego właścicielowi i z okrzykiem triumfu rzucić się do toalety, z której wypadłam jeszcze szybciej tym razem z okrzykiem przerażenia...

Postanowiłyśmy zatem spróbować szczęścia na trybunie - umościłyśmy się naprzeciwko sceny tak, żeby namiot dźwiękowca nam nie zasłaniał i wahadłowo zaczęłyśmy krążyć w poszukiwaniu strawy duchowej i materialnej. Woda w butelkach oczywiście była bez śmiercionośnych zakrętek (owszem sprzedają, ale odkręcają - pełna butelka może uszkodzić cel w który zostanie rzucona, tylko że rzucając z trybun musiałabym być supermanem żeby dorzucić do sceny, jestem super, ale bez przesady ;)) Koszulki jakieś takie blade przy wytworach chińskich spod stadionu więc postanowiłam uzupełnić zastawę nadszarpniętą przez ostatnie lata błędów i wyzeczeń i nabyłam kubas trasowy po czym udałam się na spoczynek na upatrzone pozycje.

Spokój nie trwał długo, bo okazało się wkrótce, że oprócz biletów 'non numerata' sprzedawano bilety 'numerata' na ten sektor przy czym nie można było przewidzieć na które obowiązuje miejscówka a na które nie, więc byłyśmy przeganiane notorycznie przez ich posiadaczy, co nie przeszkodziło naszej potrójnej wyspać się i prawie przegapić Kasabian robiących za przystawkę dla U2... Nic zresztą jej nie ominęło, ponieważ dźwięk na trybunie był porównywalny do nagłośnienia na dożynkach w Kózkach Dolnych więc tylko dzięki umiejętności czytania z ruchu warg można się było domyślić co w danym momencie było śpiewane - na szczęście na mój ulubiony kawałek czyli Vlada Palownika ktoś z obsługi się ocknął i pokręcił suwakami więc nieco dało się słyszeć... Kasabian grzecznie (jak na siebie) podziękował i zszedł ze sceny zastąpiony przez dobrze mi znane sylwetki technicznych U2... To już za chwilkę, już za momencik... Na ekranie zaczęło się odliczanie, Mari i Marcia ziewały a ja już nie mogłam wytrzymać  - niech to się wreszcie zacznie!!!!  W końcu tłum zafalował, muzyka się skończyła za to zaczął się wrzask niesamowity. Wyszli, są!!!!! Dym poszedł nie tylko ze sceny ale i z moich uszu ;)) Torinoooooooooooooooooooo!!!! Nie będę się rozwodzić nad samym koncertem - dla mnie to zawsze przeżycie jedyne w swoim rodzaju, którego magię w pełni odczuwam tylko w danym miejscu i czasie i raczej trudne do opisania post factum, więc ciekawym pozostawiam wyszukanie odpowiedniego wątku na U2forums.

Wystarczy że napiszę, iż po wszystkim wyszłam ze stadionu w stanie pozytywnego oszołomienia, totalnego ochrypnięcia i z objawami porażenia słonecznego  albo może dźwiękowego (co w sumie przypominało całkiem niezłe naćpanie), czym mogę wytłumaczyć późniejszy zakup przymałej koszulki podrabianej za to z motywem fotograficznym (niezmiernie rozmazany negatyw zdjęcia zespołu). Nie przeszkadzali mi ani sprzedawcy piwa i wody, ani labirynt ze stoisk koszulkowych ani depczący mi po palcach równie nieprzytomni fani...
Na długo ten koncert zostanie ze mną i we mnie, a przynajmniej do odsieczy wiedeńskiej pod koniec miesiąca, która mam nadzieję bliskością sceny zetrze w pył wspomnienie wieczoru podczas którego Bono latał nad ziemią prawie tak wysoko jak ja :)
Kto nie słyszał Laaaaaaaaaaamoooooooooooooooooorrrrrrrrrrrrrrrrrr (z Miss Sarajevo) na żywo nie będzie i tak wiedzieć o czym piszę... musicie mi wierzyć na słowo, że było warto. Po stokroć... Mimo że organizacja leżała, upał był masakryczny a toalety jak z horroru, to i tak to jeden z tych niezapomnianych wieczorów w moim życiu, podczas których znowu mogłam poczuć muzykę całą sobą od czubka rozczochranej czupryny po przybrudzone turyńskim pyłem pięty... To niesamowite jak tych czterech w sumie niepozornych 50-latków z Dublina potrafi wstrząsnąć moim życiem i zamienić je w coś lepszego... They move me in mysterious ways! :)


 



 ps - Mari obiecała opisać pozostałą część wyjazdu bo ja już mam słowne constipazione :))

środa, 21 lipca 2010

Magda: górka

Nie ma pojęcia czym sobie na to zasłużyłam (ale korzystam póki mogę), ale jestem na takim prądzie wznoszącym, że niedługo będę miała siniaki na czaszce od obijania się o sufit... Tym bardziej jest to dziwne, że w zeszłym tygodniu sytuacja była dokładnie przeciwna - taplałam się w bagnie samoumartwiania magazynując psychiczne doły jak baby cukier na wojnę...

Niby nic się nie zmieniło - nadal mam nadmiar zajęć (ten z tych przytłaczających), nadal zmiana klimatu na gorące piekło nie pozwala mi pracować ani spać, podżerają mnie insekty przedzierające się przez moskitierę (właśnie usłyszałam w radio, że statystyczny Polak zjada w życiu 3,5 pająka przez sen - no to teraz nie zasnę napewno), na grząskich wodach finansów panuje ciągły odpływ mimo zmian faz księżyca, krople deszczu wyparowują zanim dosięgną ziemi, bolą mnie zęby nawet te których nie mam, moja strona nadal w lesie a waga nie spada jakby mogła. A jednak 600 gram z tego tygodnia znacznie przewyższa 60 deko z zeszłego (percepcja to okrutna pani), budzę się z radością że świeci słońce (i z jeszcze większą, kiedy pada deszcz) a moja praca dostarcza mi tyle endorfin że nie potrzebna mi ani czekolada ani brunet wieczorową porą ;)

Może to dzięki ludziom, których spotkałam ostatnio i którzy podładowali mnie swoją pozytywną energią, może to perspektywa mini-wakacji wśród wielbicieli kobiet z Europy Wschodniej ;), może świadomość, że za 16 dni zobaczę moje ukochane U2 w akcji na żywo, może to wizja Mari rechoczącej w morzu, może ubrania w które się teraz mieszczę, a może maliny... Cokolwiek by to nie było, cieszę się, że mi się to przydarzyło (lub przydarzy)! :))

środa, 14 lipca 2010

Mari: ach, jak przyjemnie...

... kołysać się wśród fal, gdy szumi, szumi woda... ;)
I nie ma znaczenia, czy płynie się wpław, czy w kajaku. W wodzie jest po prostu fantastycznie.
Kiedy tak pływam sobie w jeziorze, mam wrażenie, jakby i mnie ubyło ponad 11 kilogramów (brawo, Madziare! :) Niestety ta miła iluzja pryska, kiedy wychodzę z wody. Czuję się ciężej niż zwykle.
Może to upał i to uczucie duszności. Miałam takie postanowienie, że w ciąży będę jeść lekko i z umiarem oraz że będę się dużo ruszać. O ile z jedzeniem jest jako tako, to z ruchem jest nijak kompletnie. Wczoraj płynęliśmy kajakami Krutynią. Dwie godziny wiosłowania. Poszło mi całkiem nieźle jak na pierwszy raz* (*na pierwszy raz wiosłowania ;)
Dzisiaj natomiast mieliśmy w planie wycieczkę rowerową. Po wczorajszej przygodzie z kajakami prawie cały dzień przespałam. Po południu dopiero wskoczyłam do jeziora i chłodna jeziorna woda przywróciła mnie do życia. Mam nadzieję, że drugi trymestr przyniesie długo przeze mnie oczekiwany wybuch wulkanu energii, która z pewnością gdzieś we mnie jest, tylko chwilowo dobrze się ukryła i nie wiadomo, kiedy wylezie. Póki co pozostają mi ćwiczenia mięśni brzucha praktykowane mimochodem
i powodowane nagłymi atakami śmiechu. Dobre i to. Tak właśnie rozbawiła mnie wczorajsza wymiana zdań między Kubą (l. 5) i Piotrkiem (l. 9,5).

Kuba pływając w wodzie do kolan:
- Mama, tu jest tyle ryb, że nawet nie umiem ich wszystkich policzyć!
Na co Piotrek siedząc na ręczniku:
- To znaczy, że ryb jest 13, bo Kuba umie liczyć tylko do 12tu ;)

I takie to dialogi prowadzą moi synowie. Padają też inne zabawne teksty, ale nie wszystkie niestety nadają się do publikacji ;)
(Chociaż właściwie, czemu nie? Mądrość dziecięca jest taka rozbrajająca. No i wiadomo przecież, że dzieci rodzą się mądre, ale później idą do szkoły ;)

Skoro już o publikacji mowa... Napisałam ten post po raz drugi, bo kiedy chciałam opublikować go po raz pierwszy, siadł net na Mazurowym Wybrzeżu i całość postu Mordor trafił (a może to znak, że nie powinnam pisać? ;) Publikuję więc w odtworzonej postaci, zanim net znów się rozmyśli i przestanie hulać ;)

sobota, 10 lipca 2010

Mari: nuda jest piękna...

...nudności niestety mniej. Siedzę więc cicho od dłuższego czasu, bo samopoczucie mam takie, jakbym się zepsutych konserw z jadem kiełbasianym nażarła miesiąc temu i jakby mi do tej pory nie przeszło. Karo właśnie doniosła mi radośnie, że Jej koleżanka schudła w ciąży 10 kg. Jak??? - ja się pytam. No jak to jest możliwe? Zapytałam, czy to kwestia porannego pawia przez cały okres (hehe, jaki okres? ;) ciąży, bo mnie na ten przykład jest tylko niedobrze. Nie ma to (nie)stety żadnych ornitologicznych konsekwecji. Obawiam się, że bez tego schudnąć się nie da, no ale przecież zmuszać się nie będę. W tym stanie zadbać należy wyłącznie o przyjemności. Przy czym nie oznacza to zgrzewek ptasiego mleczka zagryzanych pizzą z chipsami na deser. Organizm kobiety w ciąży głupieje całkowicie. Przynajmniej mój. Rano budzę się i dość szybko zaczynam odczuwać głód. Ale nie jakiś tam głodek z reklamy, tylko prawdziwy. Wilczy. Lecę więc do kuchni, szykuję dwie kromki chleba pełnoziarnistego z twarożkiem, lub innym mazidłem, na to pomidor, ogórek, ewentualnie rzodkiewka. Pierwszy kęs. Gryzę powoli i niemal w tym samym momencie robi mi się tak niedobrze, jakbym pożerała trzeci bochenek... Odkładam kanapkę, kładę się na kanapie, ale tylko na chwilę, bo tuż po tym, jak się położyłam dopada mnie wilczy głód. Znów gryz kanapki i znów po chwili jest mi niedobrze...
I bądź tu cholera kwiatem lotosu na spokojnej tafli jeziora...
Do końca pierwszego trymestru zostało kilka tygodni. Jakoś dociągnę do drugiego i oby w drugim rzeczywiście obudził się we mnie wulkan energii, bo ileż można być tak sflaczałą namiastką człowieka.
Oswoiliśmy się z myślą, że niedługo będzie nas sześcioro, a nie czworo, jak do tej pory. Kuba zapytał dziś, czy kiedy urodzą się bliźnia(cz)ki, to czy oni - on i Piotrek - mogą dostać jakieś zwierzątka, na przykład chomiki.
- Zlituj się - powiedziałam - ja, tata, czwórka dzieci I CHOMIKI???
- Mamo, proszę - nalegał Kuba
- Kubusiu - powiedziałam spokojnie - wiesz, że małe dzieci biorą wszystko do buzi. A jak zjedzą wasze chomiki?
Tu Kuba się zamyślił. Wygląda na to, że temat zwierzątek mamy chwilowo zamknięty. Przynajmniej tych małych ;)
A jutro z rana jedziemy na Mazury. Ładny pensjonat, las, słońce, trzy jeziora... Do któregoś na pewno się zmieszczę ;D

wtorek, 6 lipca 2010

Magda: deszczowa piosenka

Od kilkunastu dni czuję się jakbym mieszkała w Grecji (tylko takiej mniej atrakcyjnej bo bez morza, drinków na plaży, frappe z Mari i stosów malowniczych kamiulców) - rolety zasunięte w ochronie przed słońcem, bo inaczej nie da się pracować w tym piecu, który od czasu do czasu nazywam mieszkaniem, za oknem wieczny remont, konsumpcja wody z lodem rośnie. Po wyjściu na zewnątrz krajobraz widzę także odpowiedni - spalone ściernisko zamiast trawników (z całym szacunkiem dla służb miejskich ale debilizmem jest koszenie trawy prawie do gołej ziemi w sezonie największych upałów), żar z rozgrzanego Warszawy brzucha bucha o dowolnej porze dnia i nocy, dziewczyny w spodenkach ledwo zakrywających pośladki powodują liczne wypadki samochodowe, biznesłomenki toną w rozpływającym się asfalcie... I tylko zachody słońca spektakularne i kiczowate  rekompensują wszelakie niedogodności (no może oprócz wieczornych nalotów komarów). Lato w mieście. No ale lepsze to niż zima gdziekolwiek ;)

A tu dzisiaj, zupełnie niespodziewanie, ciśnienie przygięło mnie do blatu biurka (dosłownie) - nie spodziewałam się jednak deszczu, myślałam, że to wszystko wina wczorajszego maratońskiego dnia... I nastała ciemność, powietrze zmieniło gęstość, wszystko na zewnątrz ucichło - dzieciarnia schowała się w śmietniku, robotnicy mają fajrant, nawet przebrzydłe sroki nie skrzeczą. Na ulicy rowerzysta w żółtym płaszczu mozolnie jedzie pod wiatr i deszcz a ja mogę się ucieszyć, że to nie ja. Trawa mruczy za oknem z zadowoleniem jak kot co dostał świeżej wątróbki... Powietrze pachnie radosną ulgą i ozonem. Wszystko odzyskuje dawno zapomniane barwy, nawet zakurzone samochody i moja trawa samosiejka na balkonie (taka normalna, żeby nie było ;). I tylko ekipy "myjące" ulice jakoś się tym nie przejmują i pomagają burzy czyścic krawędzie ulic. Pewnie później ruszą do koszenia ;)

Kocham taki deszcz! Szczególnie jak jestem w domu i mogę sączyć kawę wsłuchując się w dźwięki burzy i moją ulubioną deszczową piosenkę:

sobota, 3 lipca 2010

Magda: jałówka

To zadziwiające, jak człowiek kompletnie może nie mieć przemyśleń kiedy jest zajęty do tego stopnia, że wyprawy do toalety musi sobie wpisywać w grafik dnia ;)
Umysł zajęty wymyślaniem miejsc i scenariuszy pod plenery czy dokonujący trudnej selekcji zdjęć z dnia ślubu (to chyba najtrudniejsza część mojej pracy - zaczynam się cieszyć jak zrobię kiepskie zdjęcia, oszczędza mi to czasu nad zastanawianiem się czy je odrzucić czy nie ;)) nie ma czasu na układanie sobie na odpowiednich półeczkach wrażeń dnia codziennego... Jestem wyjałowiona z myśli o czymkolwiek innym i staję się monotematyczną nudziarą... Na szczęście stan ten jest przejściowy - po sezonie znowu zacznę myśleć. Mam nadzieję, że tego się nie zapomina...

poniedziałek, 28 czerwca 2010

Mari: mamusiu, jak tu pięknie :)

Człowiek na chwilę pojedzie wygrzać się na słońcu nad polskim morzem, wraca do Warszawy, a tu blog nie do poznania. I jaki piękny :) Madziare, uwielbiam to zdjęcie! Cudne wspomnienia z Krety. I my takie śliczne 20 kilogramów temu :D Chwilę potrwa zanim wrócimy do formy. Ty wrócisz szybciej oczywiście. Ja wrócę za jedną ciążę i jeszcze trochę ;) Kiedy kobieta jest w ciąży, nie myśli o odchudzaniu. Przynajmniej ja nie myślę. Wreszcie przyszedł ten czas, kiedy będę mogła o tym pomyśleć w swoim czasie, albo nieco później. Jednocześnie zastanawiam się, jaki jest rekord minimalnego wzrostu wagi w ciąży. No bo wiadomo, że są kobiety, które przybierają 10 kg, a są takie, które tyją 20 i 30 kg. Na czym polega różnica i gdzie tkwi sekret??? Myślę, że wystarczy zrezygnować ze słodyczy, tłustości i ruszać się każdego dnia nieco więcej, niż inni. Wiśta wio... Łatwo powiedzieć. Kobiety, które - tak jak ja - pochłaniają tłuszcz z powietrza (nawet jeśli jest to powietrze odległej galaktyki) nie mają łatwo. Geny też robią swoje. Ważne jednak, aby nie poddać się, kochać siebie i fasolkę w swoim brzuchu. Reszta chyba przyjdzie sama. Kogoś, kogo kochamy, nie tuczymy bez opamiętania. Nie wpychamy w kochane osoby różnych niezdrowych specyfików. Zapewniamy im to, co najlepsze, bo kochamy. I tej filozofii będę się trzymać. Chcę jeść wtedy, kiedy jestem głodna i chcę przestać jeść wtedy, kiedy poczuję się nasycona. Postanowiłam wreszcie zacząć słuchać siebie. Co z tego wyjdzie? O tym na bieżąco. Tutaj :)

piątek, 25 czerwca 2010

Magda: po naradzie produkcyjnej

Zmieniła się nasza sytuacja - komuś przybyło, komuś ubyło, ale nie zmieniło to naszej chęci do pisania i naszego "odważania". Obie znajdujemy się w miejscu, w którym nasze życie się zmienia, z różnych powodów, i nadal potrzebujemy siebie nawzajem na równi z odwagą a to przecież podstawa odważników :)) No i odczuwamy potrzebę pisania teraz już może o czymś nieco innym niż dieta (zresztą o odchudzaniu i tak ostatnio niezbyt dużo pisałyśmy). Pisać będziemy nadal, chwilowo może nieco mniej intensywnie z powodu sezonu ciążowo-ślubnego, ale mam nadzieję, że nikt nie poczuje się zawiedziony czytając o innych aspektach naszego życia niż pokusy żywieniowe czy wzloty i upadki morale :))

ps - acha, a niedługo wyglądać będziemy znowu tak (cóż znaczy te 9 miesięcy wobec wieczności ;))

środa, 23 czerwca 2010

Magda: ogłoszenie parafialne

Na wniosek Mari (a wiadomo, że z ciężarną kobietą spierać się nie wypada) rozdzieliłam nasze stany na wielofunkcyjnym pasku po lewej (tym bardziej, że zaczynam odczuwać coś na kształt źle skrywanej satysfakcji z powodu dwucyfrowego wyniku ;)). Zmieni się także zapewne opis na tymże pasku, ale wymaga to przypływu weny twórczej więc chwil parę to zajmie...

Jak pisała Mari, odmienność stanów nie oznacza zawieszenia bloga, zmieni się tylko zapewne tematyka niektórych postów.

A jakby chciał ktoś (mimo lekko zaburzonej intensywności pojawiania się postów na tym blogu) dać upust swemu uwielbieniu i powiedzieć światu, co o nas myśli, to (już tradycyjnie) po lewej znajdziecie fejsbukowy klawisz "Lubię to".


wtorek, 22 czerwca 2010

Mari: ogłoszenie (dez)organizacyjne

No i wyjaśniła się zagadka zastoju wagowego ostatnich tygodni. Nie jest mi już tak głupio, że tylko Madziare dorzuca zrzucone kilogramy do wspólnego wora... Cóż, jeśli chodzi o ten wspólny wór, chyba chwilowo zmuszona jestem wystąpić o rozdzielność majątkową. Za obopólną zgodą i bez orzekania o winie. Jakby to powiedzieć, nie owijając w bawełnę... Piszę po długiej przerwie dopiero teraz, bo trochę czasu zajęło mi oswojenie się z myślą, że za kilka miesięcy po raz trzeci będę mamą :) Pomyślałam jednak, że nie będę przerywała współtworzenia naszego fatbloga. Wprawdzie Madziare pisze ostatnio częściej, więcej i zdecydowanie bardziej zabawnie, ale przecież każda z nas jest płodna na swój sposób ;) Poza tym zamierzam wspierać Madziare w Jej drodze. Jest całe mnóstwo rzeczy, o których chcę napisać i z pewnością napiszę -
w końcu co dwie głowy, to nie jedna ;)
I kiedy już urodzę, a Madziare będzie chuda jak-nie-wiem-co, wrócę do mojego planu doprowadzenia się do ludzkiej postaci. I wiem, że Madziare będzie mnie wtedy wspierać :) Póki co, (nad)waga schodzi na plan dalszy. Poprosiłam Madziare, żeby zostawiła na liczniku tylko swój wynik. Moja waga niestety przez jakiś czas będzie szła w górę. W mojej nowej rzeczywistości i w tej chwili jestem z tym całkowicie pogodzona :)

poniedziałek, 21 czerwca 2010

Magda: zaburzenia percepcji

Nie wiem, czy ma to coś wspólnego z dietą, ale mam wrażenie że albo w suplementach z NH albo w pomidorach i truskawkach jest coś co wpływa na moje postrzeganie świata. Biorąc pod uwagę, że wszystkie warzywa i owoce są albo modyfikowane genetycznie albo tak spryskane pestycydami że świecą w nocy (wczoraj usłyszałam od kumpeli że badanie krwi po rzodkiewkowej uczcie wykazało obecność w jej ograniźmie pestycydów), to bardzo możliwe że jestem na nieustannym haju...

Kilka przykładów mojego przejścia na drugą stronę drzwi percepcji:

napis rzeczywisty:                              co widzi Magda:

książę persji                                        książę perwersji
auta z komisu                                      auta z kosmosu
autoryzowany przedstawiciel              autoryzowany uzdrowiciel
ciesz się zimą                                      ciesz się mną

Dzisiaj dzień owoców cytrusowych, strach pomyśleć co zobaczę jutro...

czwartek, 17 czerwca 2010

Magda: rutyna

Jakoś tak ostatnio niewiele mam do napisania... No bo o czym pisać - kilogramy lecą w dół (tfu, tfu odpukać) planowo, żadnych rewolucji, żadnych grzechów głównych (dzisiejsza dramatycznie zapowiadająca się walka w sklepie zakończyła się mniej pasjonująco niż mecz polskiej reprezentacji "a może kupię sobie loda - lato przyszło" / "no mogę - tylko po co?"). W sumie to nic się nie dzieje - praca, praca, praca... ale ta z tych fajnych więc nie ma co narzekać, bo codziennie rano budzę się z radością, że zaraz usiądę do biurka i zacznę czarować na komputerze. 

Jak każda czarownica także trochę mieszam w garach: noga węża, oko pszczoły, korzeń mandragory i takie tam, ale głównie ostatnio śmierdzący karczoch (na szczęście rozcieńczany w wodzie), truskawki i pomidory... Wpadłam w rutynę, ale to dobrze bo to jeden z głównych składników dobrej diety zaraz po wodzie. Póki co, nie obserwuję zachcianek słodyczowych, niskie ciśnienie odstrasza mnie od wina a czerwonego krwistego mięsa odechciało mi się na dobre po obejrzeniu World Press Photo - oprócz dokumentacji okropnych rzeczy, które ludzie robią sobie nawzajem, były tam też trzy zdjęcia, które widzę jak tylko zamknę oczy - zdjęcia z rzeźni...  Ale wystawę polecam nie tylko tym, którzy chcą w sobie zwalczyć drapieżne zapędy...

poniedziałek, 14 czerwca 2010

Mari: w swoim czasie...

…bo wszystko podobno przychodzi wtedy, kiedy jesteśmy na to gotowi. Różne inne rzeczy też przydarzają nam się w najlepszym dla nas czasie, choćby poniższy post Madziare, który przeczytałam z dużą ulgą. Ufff…, to nie wyścig. Nie ma sprawdznanu na półrocze i wystawiania ocen, chociaż przecież czerwiec. Nie zostanę na drugi rok w tej samej klasie. Zresztą to bez różnicy, bo czy w 36-letnim życiu jeden rok robi dużą różnicę? I jeśli ktokolwiek miałby popatrzeć na mnie surowym wzrokiem, to najpewniej będę to ja sama, przeglądając się w lustrze. Niemniej jednak kwiestia trzeciego tygodnia bez najmniejszego ruchu na wadze może być dołująca. No wiem, że trzy tygodnie to nic w porównaniu z wiecznością. Informacja, że tłuszcz spada, jakoś mało pociesza, bo nie przekłada się na spadek wagi. Dorzućmy do tego wyjątkowo wredny pms i już wszystko wiadomo. Chodzę wściekła jak osa. Marzę o założeniu rękawic bokserskich i nawalaniu wszystkiego dookoła. Lepiej oczywiście, gdyby to był przeznaczony do tego specjalny przyrząd w siłowni, niż na przykład moi bliscy, a odnoszę wrażenie, że dziś jestem zdolna do wszystkiego. Dobrze więc, że z rodziną spotkam się dopiero po południu, Może do tego czasu przejdzie mi trochę. A póki co wyładuję się trochę na pracy ;)

sobota, 12 czerwca 2010

Magda: najlepszy post

Wkradł się między nas jakiś dziwny element rywalizacji. W sumie ode mnie się zaczęło bo przy pierwszym wstrzymaniu spadku wagi moją pierwszą myślą było "a Mari chudnie... jest lepsza a ja nieudacznica jedna zaniżam poziom...". Teraz Mari ma to samo albo podobnie... Demotywacja instant.

Dziwna ta natura ludzka - od dziecka wbija nam się do głów, że musimy być lepsi, szybsi, chudsi, mądrzejsi niż inni. Zaczynają ten proces rodzice w zachwycie wmawiając wszystkim dookoła i sobie, że ich pociecha jest istnym geniuszem o kupie o zapachu fiołków i niezwykłym talencie do tańca lub deklamacji nawet przed pierwszym słowem artykułowanym - co nakłada brzemię na małego człowieka i pozostawia w psychice zaprogramowany przymus bycia najlepszym. Nie wystarczy być po prostu dobrym - naj jest najważniejsze... Później przejmuje nas szkoła, gdzie jesteśmy zmuszani do rywalizacji przez nauczycieli i presję rówieśników. Dla tych pierwszych liczą się najlepsze oceny, dla tych drugich - bycie najfajniejszym (albo najfajniejsze zabawki ;). Ci, którzy idą swoim tempem i swoją drogą przez system postrzegani są jako miernoty i budzą niezmierne zdziwienie na spotkaniach klasowych swoimi poczynaniami w dorosłym życiu ("a był taki  niepozorny.."). I tak przez całe życie - egzaminy, oceny okresowe w pracy, przekątna telewizora, ilość "kliknięć". Po latach programowania zazwyczaj się okazuje, że nie jesteśmy '"naj" co wzbudza w nas poczucie niespełnienia misji dziejowej jaką przeznaczyło życie a do której nie przystajemy... No kanał po prostu - i jak tu nie popaść w depresję... 

Ja jednak uważam, że bycie po prostu dobrym w tym co się robi jest równie cenne jak bycie najlepszym (oczywiście nie dotyczy to geniuszy intelektu, mistrzów sportu, fryzjerów - szczególnie odwiedzanych przeze mnie, producentów kremu na cellulitis oraz Bono). Nie chodzi mi o to, żeby zrezygnować z osiągania sukcesów czy swoich marzeń, ale raczej żeby skupić się na celu i dążyć do niego w swoim tempie a nie na drodze do niego. 

Znając swoje ograniczenia wiem, że nie będę naj i wcale mi to nie przeszkadza póki wiem, że  wykorzystuję swój ograniczony potencjał do bycia "dobrym".  To pozytywnie działa na samoocenę i przemianę materii - gdybym wiedziała o tym wcześniej, pewnie teraz byłabym wyluzowanym chudzielcem (no dobra, dobra, ale pomarzyć można ;)).

Zgodnie z tą zasadą postanawiam niniejszym nie brać udziału w wyścigu odchudzeniowym - trzymamy się zasad i chudniemy w swoim własnym tempie (na końcu i tak bilans się wyrówna). Odchudzanie jest wystarczająco trudne i bez naszego komplikowania - a wiem, że w tym akurat jesteśmy NAJLEPSZE :)

czwartek, 10 czerwca 2010

Mari: post zabawny, acz nie na temat...

...był z mojej strony próbą zamaskowania niemocy twórczej i każdej innej. Waga nadal stoi. Może też się zdziwiła skutkami burzy sprzed tygodnia. Tydzień temu, w czwartek, planowałam piknik ze znajomymi i zastanawiałam się, czy uda mi się nie obślinić na widok kiełbasy z grilla, tymczasem zaledwie kilka godzin później to nie waga, ale zupełnie inne tematy nabrały statusu wagi państwowej niemalże. I nie ma to nic wspólnego z nadwagą. No nie wiem, może zbyt często myślałam sobie: "Madziare idzie jak burza"; "ja też chcę iść jak burza"... Wiadomo, że myśli stają się rzeczami. Staram się jednak nie myśleć, że to przeze mnie miała miejsce burza i ulewa, która zalała doszczętnie garaże, piwnice i windy na naszym osiedlu. Wszystko już wraca do normy. W końcu mamy gdzie mieszkać,
a piwnice i garaże się posprząta. Nie o sytuacji powodziowej chciałam tu pisać, ale o tym, że na kilka dni całkiem, ale to całkiem przestałam myśleć o walce z kilogramami. Pierwszy raz od wieków chyba TEN temat dla mnie nie istniał. Bo były rzeczy ważniejsze.
I może to jest droga? Odpuścić to, czego się tak trzymam, skupić się na tym, co ważne, a to, co mniej ważne samo przyjdzie. Robić swoje dalej, ale nie na tym się skupiać. Chudnąć jakby przy okazji. Taaa... Podoba mi się ten pomysł. Idę się zatem pakować. Jutro wyjeżdżam na cały weekend. I postaram się nie nagrzeszyć zbytnio. A nawet jeśli, to nie będę o tym za dużo myślała ;)

środa, 9 czerwca 2010

Mari: Piekielnie dobre. Boskie wręcz! :D

Egzamin:

Poniżej cytuję jedno z pytań, które pojawiło się na egzaminie na wydziale Chemii NUI Maynooth (National University of Ireland) Odpowiedz jednego ze studentów była na tyle wyjątkowa, ze profesor podzielił się nią ze swoimi kolegami a później jej treść przedstawił w Internecie.
Pytanie:

Czy piekło jest egzotermiczne (oddaje ciepło) czy endotermiczne (absorbuje ciepło)?

Większość odpowiedzi oparta była na prawie Boylesa, które mówi, że w stałej temperaturze objętość danej masy gazu jest odwrotnie proporcjonalna do jego ciśnienia.

Jeden ze studentów napisał tak:

Najpierw musimy stwierdzić jak zmienia się masa piekła w czasie. Do tego potrzebna jest liczba Dusz które idą do piekła I liczba dusz która piekło opuszcza.
Moim zdaniem, można ze sporym prawdopodobieństwem przyjąć, że Dusze, które raz trafiły do piekła nigdy go nie opuszczają. Na pytanie : ile Dusz idzie do piekła, można spojrzeć z punktu widzenia wielu istniejących dzisiaj religii. Większość z nich zakłada że do piekła idzie się wtedy, gdy nie wyznaje się tej właściwej wiary. Ponieważ religii jest więcej niż jedna i dlatego że nie można wyznawać kilku religii jednocześnie, można założyć, że wszystkie dusze idą do piekła. Patrząc na częstotliwość narodzin i śmierci, można założyć, że liczba dusz w piekle wzrastać będzie logarytmicznie. Rozważmy więc pytanie o zmieniającej się objętości piekła. Ponieważ wg prawa Boylesa
wraz ze wzrostem liczby dusz rozszerzać się musi powierzchnia piekła tak aby temperatura i ciśnienie w piekle pozostały stałe, istnieją dwie możliwości:

1. Jeśli piekło rozszerza się wolniej niż liczba przychodzących do niego Dusz, temperatura i ciśnienie w piekle będzie tak długo rosło aż piekło się rozpadnie.

2. Jeśli piekło szybciej się rozszerza niż liczba przychodzących tam Dusz, wówczas temperatura i ciśnienie w piekle będzie spadać tak długo aż piekło zamarznie.

Która z tych możliwości jest bardziej realna?

Jeśli weźmiemy pod uwagę przepowiednie Sandry, która powiedziała do mnie:
"prędzej piekło zamarznie niż się z tobą prześpię", jak również to, że wczoraj z nią spałem, możliwa jest tylko ta druga opcja. Dlatego też jestem przekonany, że piekło jest endotermiczne i musi być juz zamarznięte.
Z uwagi na to ze piekło zamarzło, można wnioskować, że żadna kolejna Dusza nie może trafić do piekła, a ponieważ pozostaje jeszcze tylko niebo, dowodzi to też istnienia Osoby Boskiej, co z kolei tłumaczy dlaczego Sandra cały wczorajszy wieczór krzyczała:
"O, Boże!".

Student otrzymał ocenę ' Bardzo dobry ' .

:D

*Moja znajoma przysłała mi ten tekst w mailu. Nie mam pojęcia, skąd pochodzi, ani kto jest autorem :/

wtorek, 8 czerwca 2010

Magda: doktor dobra rada

Wróciłam i wbrew pozorom jeszcze żyję aczkolwiek świadczy o tym jedynie śladowe tętno i nieznośny zakwasowy ból mięśni (ale to ten rodzaj, który lubię, bo za każdym razem gdy się poruszam przypominam sobie co doprowadziło mnie do tego stanu ;))

Jeśli chodzi o dietę to nawet nie poszło źle (wyniki tego chodzenia ujawnię jutro na kultowym pasku po lewej) oprócz pierwszego dla mnie grillowania w tym roku. Niby jadłam tylko to co dozwolone, ale obawiam się, że zarówno gabaryty jak i długość posiłku mocno przekroczyły dozwolone normy. Ale jakoś nie ma z tego powodu wyrzutów sumienia, tym bardziej, że zwalczyłam dzisiaj dzielnie chęć zanurzenia głowy w kabanosach na stoisku mięsnym ;))

Ale ja nie o tym... Udałam się dzisiaj do lekarza w zupełnie innej sprawie. Pan doktor, waga najwyżej kogucia, robiąc ze mną wywiad przed badaniem zadał niedyskretne pytanie o tendencje do tycia, ja oczywiście przyznałam się jak na spowiedzi, że i owszem są na stanie ale walczę i już mam pewne sukcesy za sobą. Na to pan doktor obiecał, że po skończonej części oficjalnej wyjawi mi niesamowity sekret szybkiego chudnięcia. Spojrzałam na niego krytycznie, bo co taki kurczaczek może wiedzieć o chudnięciu ale postanowiłam nie protestować. Okazało się oczywiście, że mój sceptycyzm był jak najbardziej uzasadniony - dottore powiedział, że nie ma nic lepszego jak piesza wyprawa przez góry Hiszpanii z 20-kilogramowych plecakiem do Compostelli (czy jak to się pisze) i że w ten sposób przez 2 dni zgubił 5 kilo (ciekawe z czego - może zabrał pieska ale go zostawił...). On gadał jak najęty a ja wysilałam się, żeby się głupkowato nie rozchichotać... Facet, ja noszę już na sobie 20 kilogramów nadwagi, razem z tym plecakiem byłoby 40... Pudzian by się umęczył. Musiałabym mieć obiecaną utratę co najmniej 1 kilograma nadwagi na 1 kilogram dźwiganego ciężaru a na mecie - dostęp do nieograniczonych zasobów nietuczącego ptasiego mleczka i dietetycznej metki łososiowej żeby dać się namówić na takie brewerie... A przy moim szczęściu i wadze prędzej dostałabym zawału i ruptury niż straciła jakiekolwiek kilogramy... 

Niech lepiej chudzi pozostaną chudzi po cichu i nie mieszają w głowach takim jak ja, bo to albo śmiesznie wychodzi albo dołuje jak się trafi na niedobry moment... Od tej chwili porady przyjmuję jedynie od osób, które mogą udokumentować utratę co najmniej 10 kilogramów ;))

ps - przypomniała mi się inna pani doktor, która radziła mi (wtedy jakoś tak 100-kilogramowej masie z krótkimi rączkami) punktowe smarowanie pleców... Łahahahahahahahaha!!!!! Chyba uznała, że skoro mam opony z tłuszczu to jestem kobietą-gumą... ;))

czwartek, 3 czerwca 2010

Mari: przerwy w podróży...

...są niezbędne, coby się podróżą nie zmęczyć i nabrać nowych sił na dalszą drogę. Tak tłumaczę sobie mój chwilowy (mam nadzieję) zastój w traceniu na wadze. I w blożeniu także. Chyba każdy czasem doświadcza niemocy. W różnych dziedzinach życia. Radosnej twórczości nie wyłączając. Waga stanęła. Jak wryta - chciałoby się dodać... Cierpliwie czekam, aż znów ruszy. Oby z kopyta ;) Dobrze, że przynajmniej wyszło słońce. Jutro - korzystając z dnia ustawowo wolnego - spotykam się z przyjaciółmi na grillu. Już dziś planuję przygotować sobie swoje prywatne specyfiki i zabrać w komplecie z serwetkami na wypadek zaślinienia widokiem kiełbasy z grilla ;) Czekam też z niecierpliwością, aż ktoś wymyśli chleb spalający tłuszcz. Chodzi za mną chleb z masłem. Odganiam się od niego jak mogę. I najczęściej z powodzeniem. Jednak brakuje mi chleba w ofercie kolacyjnej. Sałata lodowa z dodatkami to nie to samo... ;)

wtorek, 1 czerwca 2010

Magda: eteryczna cisza

Odpowiadając na zapotrzebowanie społeczne i zapytania obywatelskie dotyczące zastoju na blogu, oświadczam, że z Mari jeszcze nie zaniknęłyśmy a wręcz daleko nam jeszcze do tego (chociaż coraz bliżej).

Nie wiem, jak tam moja druga lepsza połowa (która obiecała, że nabloży ale jakoś jej nie wyszło ;)), ale ja zarobiona jestem po uszy więc częstotliwość moich wywodów spada (obiecuję poprawę po sezonie ślubnym). Poza tym znalazłam się na takim etapie diety, w którym nic się nie dzieje - najciekawsze o czym mogę opowiedzieć, to odkrycie dziwnej reakcji na ananasa w dużych ilościach lub też odkrycie, że mam już dosyć jabłek na następne kilka miesięcy, co znowuż nie jest aż taką rewelacją, żeby poświęcać temu całego posta.

Zapowiadają się jednak w najbliższym czasie atrakcje w postaci próby gotowania szparagów oraz sparring z dietetyczką w sprawie nowych nieskomplikowanych przepisów nie zawierających w sobie także ananasa. O wyjeździe na gościnne występy do następnego podtopionego miasta (woda za mną podąża - Kraków zamókł jak stamtąd wyjechałam, by nie narażać Warszawy siedziałam więc w domu, teraz postanowiłam przetestować magdoodporność Poznania) już nie myślę w kategoriach testu bo skoro przetrzymałam dwie imprezy w knajpach to i tutaj dam sobie radę przy akompaniamencie budyniu i owoców.

Póki co, cisza w eterze trwa, ale to tylko przejściowe trudności, proszę nie regulować odbiorników...

piątek, 28 maja 2010

Magda: warzyw-power

Jutro następny sprawdzian silnej woli i odporności. Tym razem - wesele. Na szczęście będę tam "służbowo" więc ograniczy to moje możliwości podżerawcze, jednak dostępność do grzesznych uciech kulinarnych będzie na pewno większa niż u mnie w domu... Ruszę tam uzbrojona w jabłka i mój ulubiony budyń z NH (oczywiście zabiorę także narzędzia pracy mojej), czym zapewne wzbudzę ogólna wesołość przy stole dla obsługi, jak zresztą przy większości towarzyskich okoliczności ostatnio. Ale jakoś mi to nie przeszkadza - niech sobie ludziska myślą co chcą, ja mam swój plan, którego będę się trzymać. Howgh! :))

Errata: nawet nie miałam za specjalnie czasu nad zastanawianiem się nad stanem mojego żołądka, bo tyle się działo przez cały dzień... DJ rzeczywiście dziwnie na mnie spojrzał jak na weselu wyciągnęłam budyń do rozrobienia w wodzie, ale uszczęśliwiło go to w sumie, bo mógł zjeść mojego kotleta. Dla każdego coś dobrego :)

środa, 26 maja 2010

Magda: hurra optymizm

Już nie pamiętam jak ma na imię nasza wspólna syjamska siostra, ale zanika w bardzo zadowalającym tempie. Mari, pewnie na skutek bicia się w piersi (bo wiadomo, że jak się ma zajęte ręce to się nie je ;) i klęczenia na grochu, wróciła do =wagi, no i u mnie wyniki też niezgorsze (juppi! i hurra dla mnie! :))

Definitywnie należy zainwestować w kremy ujędrniające, bo przy takim tempie niedługo trzeba będzie skórę spinać motylkami biurowymi jak za dużą kieckę do sesji zdjęciowej. Ale póki co cieszę się z ciągle powiększających się dostępnych dla mnie zasobów szafowych (dobrze być optymistką i nie pozbywać się przymałych ciuchów :)) - już niedługo będę mogła wrócić do moich ulubionych kolorów i porzucić czarne wory pokutne, które ostatnio stały się moim stylem. Nie tylko na talerzu zrobi się kolorowo :)

poniedziałek, 24 maja 2010

Mari: zaginiony kilogram na liczniku...

...to moja sprawka, do czego przyznaję się od razu.
Pani w Naturhouse powiedziała, że to woda. Woda w moim organizmie najwyraźniej pozostaje w duchowej łączności
z podwyższonym stanem wód w wielu rejonach Polski :/
Jednak woda w tych miejscach opada. Mam więc nadzieję,
że i u mnie w końcu zejdzie.

Wczorajsze przyjęcie komunijne uważam za udane. Madziare pełniła tam podwójną rolę - fotografa i mojego sumienia. Widziałam Jej wzrok, kiedy spróbowałam paluszka chlebowego. Wystarczy, że na mnie spojrzała, a już wiedziałam, że ani jedna okruszyna paluszka chlebowego przez gardło mi nie przejdzie. Na obiad zamówiłam sandacza w sosie raczkowym, który podawany był z ryżem jaśminowym. Madziare wybrała grillowanego kurczaka serwowanego z pure ziemniaczanym. Wniosek podstawowy po obiedzie: łatwiej nie zjeść ryżu niż pure ziemniaczanego.
W zasadzie nie powinno mieć to znaczenia, czego się nie je. Chociaż tak naprawdę to jest klucz do chudnięcia. Nie chudnie się od tego, co się je, tylko od tego, czego się nie zje. Nie zjadłyśmy solidarnie deseru, tortu i innych rzeczy, które wyglądały całkiem do rzeczy. Smacznie czyli ;)

Dobrze było dziś wrócić do pracy. Nie wiem do końca, na czym to polega, ale w pracy jestem bardziej zdyscyplinowana jedzeniowo. Stałe pory karmienia i wcześniej przygotowane posiłki wprawiają mnie w dobry rytm. Nie straciłam więc motywacji po dzisiejszym porannym ważeniu. Dwa kroki do przodu, jeden w tył powodują, że człowiek i tak idzie naprzód. Oby tych kroków w tył było jak najmniej - rzecz jasna. Czego sobie i wszystkim w procesie chudnięcia życzę z całego serca :)

sobota, 22 maja 2010

Magda: odmienne stany świadomości

Niektórzy to mają w życiu naprawdę z górki i stres powoduje u nich blokadę łaknienia. Ja w stresie rzucam się na pożywienie jak lew na gazelę - zwierzyna nie zdąży jeszcze ostygnąć a ja już kończę posiłek...

Dzisiaj miałam bardzo wysoki poziom stresu skutkiem czego ocknęłam się w pewnym momencie z paszczą pełną czegoś. Naprawdę nie pamiętałam co i jak wpakowałam do buzi, być może zrobiłam to tak szybko że mózg tego faktu nie zarejestrował... Kiedy odzyskałam jako-taką zdolność przyczynowo-skutkowego myślenia, doszłam do wniosku że właśnie kończę przeżuwanie jabłka popitego jogurtem - na szczęście w domu posiadam tylko i wyłącznie to co mamy w diecie dozwolone, inaczej pewnie chrupałabym o wiele bardziej intensywnie. Inspekcja kosza na śmieci wykazała, że z jabłka najpierw chirurgicznie usunęłam ogryzek a z jogurtu - wieczko... Może mam jakąś spożywczą schizofrenię? Najpierw piszę epistołę do Mari (miało być krzepiąco a wyszło jak zawsze ;)) a później sama popełniam to samo... A może chwilowa utrata świadomości to okoliczność łagodząca?

Całe szczęście że nie popełniłam tej sztuczki z nieobranym ananasem - byłoby ciężko ;))

Mari: no (nie)dobrze...

...trzeba to sobie powiedzieć szczerze i bez ogródek. Ten tydzień nie był najlepszy... E tam, ten tydzień był fatalny, jeśli chodzi o zdrowy styl życia. Nie, nie mam tu na myśli ani biegania, ani innych karkołomnych wyczynów. Tak, chodzi o jedzenie. Przez cały tydzień jadłam tak zwane potrawy "na winie". Polega to mniej więcej
(i raczej więcej, niż mniej niestety) na tym, że człowiek je, co mu się nawinie. Wiem, nie ma nic gorszego. Ok, no może udałoby mi się wymienić parę gorszych rzeczy niż chaos żywieniowy, ale dość mocno wybiło mnie to z rytmu. Na przesilenie wiosenne już chyba nie wypada tego zwalać? Może ciśnienie? Może brak słońca...
A niech to, akurat świeci. I to już drugi dzień! W porządku, tylko spokojnie. To nie ciśnienie, ani nadmierne nasłonecznienie. To ja.
W rozchwianiu pod każdym względem. Ale i takie dni być może są potrzebne, aby wrócić - o ironio - do równowagi...
Ten weekend jest ukoronowaniem całego tygodnia.
Jutro przyjęcie komunijne.
W menu nie zauważyłam gotowanych warzyw. Wymigać się od przyjęcia też nie mogę, w końcu jestem matką tego młodego komunisty. Dzielnie zatem wracam do moich zdrowych nawyków. Nie będę reagowała na zaczepki ze strony podstępnych słodyczy. Pozostałe pułapki również postaram się omijać szerokim łukiem, co nie powinno być trudne, bo w wąski łuk raczej bym się nie zmieściła ;) W poniedziałek kolejne ważenie.
Z góry (acz ze spuszczonymi ze wstydu oczami) uprzedzam, że sukcesem będzie jeśli nie wrócimy do stwierdzenia, że jest nas mniej o: 8,8 kg...
I od razu przyznaję, że to ja nawaliłam. Ja, nie Madziare...
Więcej grzechów nie pamiętam, za wszystkie bardzo żałuję
i proszę, nie patrzcie na mnie z takim zgorszeniem. Każdemu zdarza się grzeszyć. Podobno lepiej grzeszyć i później żałować, niż żałować, że się nie grzeszyło. Nie pamiętam, kto to powiedział.
I nie do końca jestem przekonana, czy autor miał tu na myśli jedzenie... ;)

czwartek, 20 maja 2010

Magda: sweet romance

Przez ostatnie tygodnie nie myślałam pożądliwie o żywieniowych przewinieniach, nie tęskniłam nawet. No może troszkę za słonymi paluszkami żerańskimi... Sukcesy (a także czasem ich brak) coraz bardziej zawężały moje postrzeganie do stoisk z warzywami, owocami i nabiałem. Aż tu nagle wszystko legło w gruzach bo zupełnie niespodziewanie stanęłam oko w oko z moim ex. Co to za impertynencja i bezczelność tak nagle rzucać się na kogoś i to po tak traumatycznym rozstaniu! Skończyliśmy przecież ze sobą jakiś czas temu po przydługawym i toksycznym związku oraz kilku nieudanych powrotach. Zaczęłam już zapominać, osiągać równowagę psychiczną, przestałam znajdować jego ślady w mojej torebce czy w mieszkaniu, ale oczywiście on nie daje o sobie zapomnieć egoista jeden! Szwęda się po wspomnieniach i snach, nieproszony staje jak żywy przed oczami a ja stoję teraz przed nim z opadniętą szczęką szukając po najdalszych zakamarkach mózgu mojej słynnej elokwencji, która nagle postanowiła zrobić sobie prze-erwę... On wie jak mnie podejść, zna moje najsłabsze strony, wie co lubię. Patrzę na niego zamglonymi oczami, drżą mi kolana i mięknie serce i wiem, że wszystko co złe między nami ulatuje kiedy go widzę i czuję jego zapach. Uśmiecham się nieśmiało, wyciągam rękę, chcę go dotknąć - chociaż na chwilę poczuć to, co czułam tyle razy przedtem, tę mieszankę przyjemności i wyrzutów sumienia, bo czyż można bezkarnie być tak szczęśliwym jak byłam z nim?

W tym momencie młodzieniec lat około sześciu przejeżdża mi mini-wózkiem zaopatrzonym w chorągiewkę po nodze i budzę się z transu. Myślę sobie "O nie, Wedel, nie zrobisz mi tego znowu! Jestem wolna! Wolna!!!!!". I odchodzę z alejki słodyczy uśmiechając się do wspomnień - ach, cóż te dwa paluszki ptasiego mleczka potrafiły wyczyniać z moim mózgiem i samopoczuciem... Koniec wspomnień, gdzie tu mają ogórki?

Szkockie Ciacho...

...czyli Gerard Butler we własnej osobie :)



Madziare, specjalnie dla Ciebie!
Oczy, które mówią: "Kochanie, wierz mi, wcale nie jesteś głodna...
All you need is Love :* "

PS. I love You!

*Do ewentualnego zawieszenia na lodówce ;)

Mari: w ciszy...

...dobrze jest pobyć czasami, ale ile można milczeć? ;)
Wróciłam z nową energią. Starą, mocno już zużytą, zostawiłam za sobą. Zakupiłam też nową wagę. Dziś rano pozytywnie przeszła wszystkie testy na wykrywaczu kłamstw i wygląda na to, że jest prawdomówna. Cóż, stara waga musi zatem odejść.
Jako urządzenie - na złom, jako chwilowa przypadłość - w niebyt
i zapomnienie.

Tydzień wegetariańskiego jedzenia naprawdę dobrze mi zrobił.
Do tego dużo ruchu. Oby tak mi już zostało. Po powrocie z tygodnia odosobnienia zobaczyłam te kwiaty od Clive'a i głupio mi się zrobiło, bo właśnie trochę nagrzeszyłam. Nie żeby od razu jakoś bardzo, ale nieco sobie przysłodziłam. Ech, cudne dolce vita :)
Oj tam, oj tam, od czasu do czasu i we właściwych ilościach (właściwych, czyli znikomych) jeszcze nic nikomu nie zaszkodziło. Przebywając zatem na zwolnieniu lekarskim, wracam do mojej ziemskiej codzienności, akurat dziś oddając się pięknemu nieróbstwu. Taaa... jednak włoski język o wiele bardziej poetycko oddaje naturę tego stanu rzeczy. Po włosku nie uprawiam bowiem pięknego nieróbstwa, ale - uwaga - bel far niente. No czyż to nie brzmi cudnie? Od razu czuję się lepiej. Rozgrzeszona zatem z wszelkiego niechciejstwa, wszystkim i sobie samej życzę dolce vita z domieszką bel far niente :)

wtorek, 18 maja 2010

Magda: ogłoszenia parafialne

Wszem i wobec pragnę ogłosić, że Mari wróciła ze swojego wypadu (jednak lekko półżywa stąd przerwa w nadawaniu) a dodatkowo przyczyniła się znacznie do tego, że pokonałyśmy nasz pierwszy 10-tysięcznik :)

W związku z tym ostatnim, jako zasłużony działacz na polu walki z głodem oraz pogromca tłuszczy, zostaje odznaczona orderem chrupiącego ogórka i dostaje kwiaty od Clive'a:

niedziela, 16 maja 2010

Magda: pad płaski

Wróciłam z krainy wiecznego deszczu zwanej (nomen omen) potocznie Krakowem i stwierdzam co następuje:

1) bieg przełajowy po galeriach nie służy odchudzaniu, głównie z powodu kiepskiego dostępu do paszy w postaci sałatek warzywnych (to co można zjeść na mieście a nie wymaga restauracyjnych podchodów przeważnie przywodzi na myśl trociny dla królika - zbyt późno zorientowałam się, że paradoksalnie to w fast foodach można znaleźć sensowne sałatki),
2) tłuszcz nie tonie, dzięki czemu mogę pisać te słowa :) ,
3) twardziel ze mnie bo na sumieniu mam jedynie małe grzeszki w postaci nadkonsumpcji kawy i wina, pozostałe przewinienia nie są moje tylko wynikają z czynników zewnętrznych więc się nie liczą :)
4) PKP musi odejść (ale to już zupełnie inna historia).

Być może rozwinę któryś z powyższych wątków później, w tej chwili jednak odczuwam przemożną potrzebę padnięcia z gracją na twarz, co też właśnie czynię...

piątek, 14 maja 2010

Magda: tupanie tłuszczu

Z codziennego zabiegania zapomniałam się nie przyznać, że zeszły tydzień kulinarnych potyczek nie przyniósł żadnego efektu. Zero ubytków... Niby to efekt zatrzymania wody w organizmie (hormony i takie tam), ale ja wiem swoje - gotowanie mi nie służy! Komplikacje w kuchni powodują, że automatycznie puchnę, pewnie z nerwów...

Jednak nie podziałało to na mnie dołująco, bo wiem, że znalazłam się w czymś co nazywam fazą utupywania (informatyk pewnie przemianowałby to na defragmentację tłuszczu) - puste przestrzenie pomiędzy różnymi pokładami tłuszczu powstałe w wyniku odchudzania muszą się zapełnić istniejącymi pokładami tego budulca cobym się nie rozeszła na szwach. Jako że nowe tłuściochy nie są dostarczane, w związku z tym kurczę się wszerz, kurcze :) Czuję to już wyraźnie po ubraniach, oby tylko skóra nadążała z kurczeniem się także (mam wrażenie, że powinnam zacząć używać kremów dla kobiet po ciąży - może ktoś polecić jakieś dobre?). Chudnę w oczach, szkoda, że nie w d.... ale i na to przyjdzie czas.

Przede mną następny sprawdzian silnej woli - trzydniowy wyjazd do Krakowa. Jeśli oprę się solonym preclom i zapiekance na kazimierskim rynku o północy, to już nic mnie nie ruszy! Do napisania po powrocie!

niedziela, 9 maja 2010

Magda: kuchenny sajgon

Wtajemniczeni wiedzą, że dla swojego własnego dobra oraz w ogólnie pojętym interesie społecznym, nie powinnam robić trzech rzeczy: śpiewać, prowadzić samochodu i gotować (niekoniecznie w tej kolejności).
Będąc osobą litościwą - nie śpiewam i nie jeżdżę autem (aczkolwiek niewykluczone, że kiedyś dane mi będzie wykonywać te dwie czynności naraz), jednak od czasu do czasu jestem zmuszona coś ugotować. Do tej pory mój repertuar ograniczał się zazwyczaj do wody na herbatę (chociaż i to podobno udało mi się kiedyś przypalić), parówek i jajek. Przemysł garmażeryjny także bywał przydatny dostarczając produktów (czasami nawet całkiem smacznych dopóki ich nie przesoliłam lub nie rozgotowałam), które wystarczyło odgrzać lub odsmażyć. Wynik był łatwy do zaobserwowania, szczególnie z orbity okołoziemskiej...

Pierwsze tygodnie diety pod tym względem nie były dla mnie problemem, dopóki nie zapomniałam, że właśnie coś przygotowuję na obiad, ale w sumie lubię dobrze spalone mięso, więc obyło się bez głodówki. Niestety, wraz z postępami diety, nadchodzą coraz to bardziej wymyślne przepisy. Opiekująca się mną dietetyczka z NH wpadła w lekką panikę i z obłędem w oku wertowała propozycje kulinarne, po tym jak kategorycznie odmówiłam gotowania zup, przygotowywania wywarów, duszenia warzyw i tym podobnych kompletnie mi obcych obrzędów (nie na darmo przecież dla optymalnego wykorzystania z przestrzeni mieszkalnej zamieniłam większą część kuchni w ciemnię fotograficzną). Dostałam kilka propozycji do wyboru wraz z prośbo-nakazem "niech Pani chociaż spróbuje".

Tak więc walczę od zeszłej środy - oczywiście odrzuciłam wszystkie przepisy wymagające długoterminowego znęcania się nad produktami spożywczymi. Mam za sobą dwie próby przygotowania czegoś co nie wygląda lub/i nie smakuje jak rozmoczona skarpeta. W obu wypadkach +100 punktów za wytrwałość przygotowania, +100 punktów za odwagę w konsumowaniu, -1000 punktów za efekty... Dość powiedzieć, że na widok sałatki warzywno-jajecznej w sosie curry nastoletnia latorośl mojej kumpeli zapytała mnie rezolutnie, czy będę to jeść czy właśnie zwróciłam... No ale głodny organizm nie jest wybredny...
Dzisiaj walczyłam z bakłażanami - niestety po raz n-ty przekonałam się, że pomimo iż znam osoby, którym ta sztuczka wychodzi, moje krążki nie są ani chrupiące ani smaczne a przypominają smakiem i strukturą rozmoczonego bardzo starego grzyba, takiego, którego nawet ślimak by nie ruszył. Chyba nie będę ryzykować jutro w sprawie omleta i z dozwolonych produktów skomponuję jajecznicę...

Sumienie mam czyste - spróbowałam, wczytałam się uważnie w przepisy, wykonałam polecenia, wyszło jak zawsze... Gotowanie zostawiam ludziom, którzy mają wyczucie, cierpliwość i inwencję w kuchni, ja ten czas wolę poświęcić na coś innego bo skrobanie przypalonych garów jest uciążliwe...

 ps: mój wewnętrzny kot ma komentarz:
źródło: www.garfield.com