...był z mojej strony próbą zamaskowania niemocy twórczej i każdej innej. Waga nadal stoi. Może też się zdziwiła skutkami burzy sprzed tygodnia. Tydzień temu, w czwartek, planowałam piknik ze znajomymi i zastanawiałam się, czy uda mi się nie obślinić na widok kiełbasy z grilla, tymczasem zaledwie kilka godzin później to nie waga, ale zupełnie inne tematy nabrały statusu wagi państwowej niemalże. I nie ma to nic wspólnego z nadwagą. No nie wiem, może zbyt często myślałam sobie: "Madziare idzie jak burza"; "ja też chcę iść jak burza"... Wiadomo, że myśli stają się rzeczami. Staram się jednak nie myśleć, że to przeze mnie miała miejsce burza i ulewa, która zalała doszczętnie garaże, piwnice i windy na naszym osiedlu. Wszystko już wraca do normy. W końcu mamy gdzie mieszkać,
a piwnice i garaże się posprząta. Nie o sytuacji powodziowej chciałam tu pisać, ale o tym, że na kilka dni całkiem, ale to całkiem przestałam myśleć o walce z kilogramami. Pierwszy raz od wieków chyba TEN temat dla mnie nie istniał. Bo były rzeczy ważniejsze.
I może to jest droga? Odpuścić to, czego się tak trzymam, skupić się na tym, co ważne, a to, co mniej ważne samo przyjdzie. Robić swoje dalej, ale nie na tym się skupiać. Chudnąć jakby przy okazji. Taaa... Podoba mi się ten pomysł. Idę się zatem pakować. Jutro wyjeżdżam na cały weekend. I postaram się nie nagrzeszyć zbytnio. A nawet jeśli, to nie będę o tym za dużo myślała ;)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz