piątek, 28 maja 2010

Magda: warzyw-power

Jutro następny sprawdzian silnej woli i odporności. Tym razem - wesele. Na szczęście będę tam "służbowo" więc ograniczy to moje możliwości podżerawcze, jednak dostępność do grzesznych uciech kulinarnych będzie na pewno większa niż u mnie w domu... Ruszę tam uzbrojona w jabłka i mój ulubiony budyń z NH (oczywiście zabiorę także narzędzia pracy mojej), czym zapewne wzbudzę ogólna wesołość przy stole dla obsługi, jak zresztą przy większości towarzyskich okoliczności ostatnio. Ale jakoś mi to nie przeszkadza - niech sobie ludziska myślą co chcą, ja mam swój plan, którego będę się trzymać. Howgh! :))

Errata: nawet nie miałam za specjalnie czasu nad zastanawianiem się nad stanem mojego żołądka, bo tyle się działo przez cały dzień... DJ rzeczywiście dziwnie na mnie spojrzał jak na weselu wyciągnęłam budyń do rozrobienia w wodzie, ale uszczęśliwiło go to w sumie, bo mógł zjeść mojego kotleta. Dla każdego coś dobrego :)

środa, 26 maja 2010

Magda: hurra optymizm

Już nie pamiętam jak ma na imię nasza wspólna syjamska siostra, ale zanika w bardzo zadowalającym tempie. Mari, pewnie na skutek bicia się w piersi (bo wiadomo, że jak się ma zajęte ręce to się nie je ;) i klęczenia na grochu, wróciła do =wagi, no i u mnie wyniki też niezgorsze (juppi! i hurra dla mnie! :))

Definitywnie należy zainwestować w kremy ujędrniające, bo przy takim tempie niedługo trzeba będzie skórę spinać motylkami biurowymi jak za dużą kieckę do sesji zdjęciowej. Ale póki co cieszę się z ciągle powiększających się dostępnych dla mnie zasobów szafowych (dobrze być optymistką i nie pozbywać się przymałych ciuchów :)) - już niedługo będę mogła wrócić do moich ulubionych kolorów i porzucić czarne wory pokutne, które ostatnio stały się moim stylem. Nie tylko na talerzu zrobi się kolorowo :)

poniedziałek, 24 maja 2010

Mari: zaginiony kilogram na liczniku...

...to moja sprawka, do czego przyznaję się od razu.
Pani w Naturhouse powiedziała, że to woda. Woda w moim organizmie najwyraźniej pozostaje w duchowej łączności
z podwyższonym stanem wód w wielu rejonach Polski :/
Jednak woda w tych miejscach opada. Mam więc nadzieję,
że i u mnie w końcu zejdzie.

Wczorajsze przyjęcie komunijne uważam za udane. Madziare pełniła tam podwójną rolę - fotografa i mojego sumienia. Widziałam Jej wzrok, kiedy spróbowałam paluszka chlebowego. Wystarczy, że na mnie spojrzała, a już wiedziałam, że ani jedna okruszyna paluszka chlebowego przez gardło mi nie przejdzie. Na obiad zamówiłam sandacza w sosie raczkowym, który podawany był z ryżem jaśminowym. Madziare wybrała grillowanego kurczaka serwowanego z pure ziemniaczanym. Wniosek podstawowy po obiedzie: łatwiej nie zjeść ryżu niż pure ziemniaczanego.
W zasadzie nie powinno mieć to znaczenia, czego się nie je. Chociaż tak naprawdę to jest klucz do chudnięcia. Nie chudnie się od tego, co się je, tylko od tego, czego się nie zje. Nie zjadłyśmy solidarnie deseru, tortu i innych rzeczy, które wyglądały całkiem do rzeczy. Smacznie czyli ;)

Dobrze było dziś wrócić do pracy. Nie wiem do końca, na czym to polega, ale w pracy jestem bardziej zdyscyplinowana jedzeniowo. Stałe pory karmienia i wcześniej przygotowane posiłki wprawiają mnie w dobry rytm. Nie straciłam więc motywacji po dzisiejszym porannym ważeniu. Dwa kroki do przodu, jeden w tył powodują, że człowiek i tak idzie naprzód. Oby tych kroków w tył było jak najmniej - rzecz jasna. Czego sobie i wszystkim w procesie chudnięcia życzę z całego serca :)

sobota, 22 maja 2010

Magda: odmienne stany świadomości

Niektórzy to mają w życiu naprawdę z górki i stres powoduje u nich blokadę łaknienia. Ja w stresie rzucam się na pożywienie jak lew na gazelę - zwierzyna nie zdąży jeszcze ostygnąć a ja już kończę posiłek...

Dzisiaj miałam bardzo wysoki poziom stresu skutkiem czego ocknęłam się w pewnym momencie z paszczą pełną czegoś. Naprawdę nie pamiętałam co i jak wpakowałam do buzi, być może zrobiłam to tak szybko że mózg tego faktu nie zarejestrował... Kiedy odzyskałam jako-taką zdolność przyczynowo-skutkowego myślenia, doszłam do wniosku że właśnie kończę przeżuwanie jabłka popitego jogurtem - na szczęście w domu posiadam tylko i wyłącznie to co mamy w diecie dozwolone, inaczej pewnie chrupałabym o wiele bardziej intensywnie. Inspekcja kosza na śmieci wykazała, że z jabłka najpierw chirurgicznie usunęłam ogryzek a z jogurtu - wieczko... Może mam jakąś spożywczą schizofrenię? Najpierw piszę epistołę do Mari (miało być krzepiąco a wyszło jak zawsze ;)) a później sama popełniam to samo... A może chwilowa utrata świadomości to okoliczność łagodząca?

Całe szczęście że nie popełniłam tej sztuczki z nieobranym ananasem - byłoby ciężko ;))

Mari: no (nie)dobrze...

...trzeba to sobie powiedzieć szczerze i bez ogródek. Ten tydzień nie był najlepszy... E tam, ten tydzień był fatalny, jeśli chodzi o zdrowy styl życia. Nie, nie mam tu na myśli ani biegania, ani innych karkołomnych wyczynów. Tak, chodzi o jedzenie. Przez cały tydzień jadłam tak zwane potrawy "na winie". Polega to mniej więcej
(i raczej więcej, niż mniej niestety) na tym, że człowiek je, co mu się nawinie. Wiem, nie ma nic gorszego. Ok, no może udałoby mi się wymienić parę gorszych rzeczy niż chaos żywieniowy, ale dość mocno wybiło mnie to z rytmu. Na przesilenie wiosenne już chyba nie wypada tego zwalać? Może ciśnienie? Może brak słońca...
A niech to, akurat świeci. I to już drugi dzień! W porządku, tylko spokojnie. To nie ciśnienie, ani nadmierne nasłonecznienie. To ja.
W rozchwianiu pod każdym względem. Ale i takie dni być może są potrzebne, aby wrócić - o ironio - do równowagi...
Ten weekend jest ukoronowaniem całego tygodnia.
Jutro przyjęcie komunijne.
W menu nie zauważyłam gotowanych warzyw. Wymigać się od przyjęcia też nie mogę, w końcu jestem matką tego młodego komunisty. Dzielnie zatem wracam do moich zdrowych nawyków. Nie będę reagowała na zaczepki ze strony podstępnych słodyczy. Pozostałe pułapki również postaram się omijać szerokim łukiem, co nie powinno być trudne, bo w wąski łuk raczej bym się nie zmieściła ;) W poniedziałek kolejne ważenie.
Z góry (acz ze spuszczonymi ze wstydu oczami) uprzedzam, że sukcesem będzie jeśli nie wrócimy do stwierdzenia, że jest nas mniej o: 8,8 kg...
I od razu przyznaję, że to ja nawaliłam. Ja, nie Madziare...
Więcej grzechów nie pamiętam, za wszystkie bardzo żałuję
i proszę, nie patrzcie na mnie z takim zgorszeniem. Każdemu zdarza się grzeszyć. Podobno lepiej grzeszyć i później żałować, niż żałować, że się nie grzeszyło. Nie pamiętam, kto to powiedział.
I nie do końca jestem przekonana, czy autor miał tu na myśli jedzenie... ;)

czwartek, 20 maja 2010

Magda: sweet romance

Przez ostatnie tygodnie nie myślałam pożądliwie o żywieniowych przewinieniach, nie tęskniłam nawet. No może troszkę za słonymi paluszkami żerańskimi... Sukcesy (a także czasem ich brak) coraz bardziej zawężały moje postrzeganie do stoisk z warzywami, owocami i nabiałem. Aż tu nagle wszystko legło w gruzach bo zupełnie niespodziewanie stanęłam oko w oko z moim ex. Co to za impertynencja i bezczelność tak nagle rzucać się na kogoś i to po tak traumatycznym rozstaniu! Skończyliśmy przecież ze sobą jakiś czas temu po przydługawym i toksycznym związku oraz kilku nieudanych powrotach. Zaczęłam już zapominać, osiągać równowagę psychiczną, przestałam znajdować jego ślady w mojej torebce czy w mieszkaniu, ale oczywiście on nie daje o sobie zapomnieć egoista jeden! Szwęda się po wspomnieniach i snach, nieproszony staje jak żywy przed oczami a ja stoję teraz przed nim z opadniętą szczęką szukając po najdalszych zakamarkach mózgu mojej słynnej elokwencji, która nagle postanowiła zrobić sobie prze-erwę... On wie jak mnie podejść, zna moje najsłabsze strony, wie co lubię. Patrzę na niego zamglonymi oczami, drżą mi kolana i mięknie serce i wiem, że wszystko co złe między nami ulatuje kiedy go widzę i czuję jego zapach. Uśmiecham się nieśmiało, wyciągam rękę, chcę go dotknąć - chociaż na chwilę poczuć to, co czułam tyle razy przedtem, tę mieszankę przyjemności i wyrzutów sumienia, bo czyż można bezkarnie być tak szczęśliwym jak byłam z nim?

W tym momencie młodzieniec lat około sześciu przejeżdża mi mini-wózkiem zaopatrzonym w chorągiewkę po nodze i budzę się z transu. Myślę sobie "O nie, Wedel, nie zrobisz mi tego znowu! Jestem wolna! Wolna!!!!!". I odchodzę z alejki słodyczy uśmiechając się do wspomnień - ach, cóż te dwa paluszki ptasiego mleczka potrafiły wyczyniać z moim mózgiem i samopoczuciem... Koniec wspomnień, gdzie tu mają ogórki?

Szkockie Ciacho...

...czyli Gerard Butler we własnej osobie :)



Madziare, specjalnie dla Ciebie!
Oczy, które mówią: "Kochanie, wierz mi, wcale nie jesteś głodna...
All you need is Love :* "

PS. I love You!

*Do ewentualnego zawieszenia na lodówce ;)

Mari: w ciszy...

...dobrze jest pobyć czasami, ale ile można milczeć? ;)
Wróciłam z nową energią. Starą, mocno już zużytą, zostawiłam za sobą. Zakupiłam też nową wagę. Dziś rano pozytywnie przeszła wszystkie testy na wykrywaczu kłamstw i wygląda na to, że jest prawdomówna. Cóż, stara waga musi zatem odejść.
Jako urządzenie - na złom, jako chwilowa przypadłość - w niebyt
i zapomnienie.

Tydzień wegetariańskiego jedzenia naprawdę dobrze mi zrobił.
Do tego dużo ruchu. Oby tak mi już zostało. Po powrocie z tygodnia odosobnienia zobaczyłam te kwiaty od Clive'a i głupio mi się zrobiło, bo właśnie trochę nagrzeszyłam. Nie żeby od razu jakoś bardzo, ale nieco sobie przysłodziłam. Ech, cudne dolce vita :)
Oj tam, oj tam, od czasu do czasu i we właściwych ilościach (właściwych, czyli znikomych) jeszcze nic nikomu nie zaszkodziło. Przebywając zatem na zwolnieniu lekarskim, wracam do mojej ziemskiej codzienności, akurat dziś oddając się pięknemu nieróbstwu. Taaa... jednak włoski język o wiele bardziej poetycko oddaje naturę tego stanu rzeczy. Po włosku nie uprawiam bowiem pięknego nieróbstwa, ale - uwaga - bel far niente. No czyż to nie brzmi cudnie? Od razu czuję się lepiej. Rozgrzeszona zatem z wszelkiego niechciejstwa, wszystkim i sobie samej życzę dolce vita z domieszką bel far niente :)

wtorek, 18 maja 2010

Magda: ogłoszenia parafialne

Wszem i wobec pragnę ogłosić, że Mari wróciła ze swojego wypadu (jednak lekko półżywa stąd przerwa w nadawaniu) a dodatkowo przyczyniła się znacznie do tego, że pokonałyśmy nasz pierwszy 10-tysięcznik :)

W związku z tym ostatnim, jako zasłużony działacz na polu walki z głodem oraz pogromca tłuszczy, zostaje odznaczona orderem chrupiącego ogórka i dostaje kwiaty od Clive'a:

niedziela, 16 maja 2010

Magda: pad płaski

Wróciłam z krainy wiecznego deszczu zwanej (nomen omen) potocznie Krakowem i stwierdzam co następuje:

1) bieg przełajowy po galeriach nie służy odchudzaniu, głównie z powodu kiepskiego dostępu do paszy w postaci sałatek warzywnych (to co można zjeść na mieście a nie wymaga restauracyjnych podchodów przeważnie przywodzi na myśl trociny dla królika - zbyt późno zorientowałam się, że paradoksalnie to w fast foodach można znaleźć sensowne sałatki),
2) tłuszcz nie tonie, dzięki czemu mogę pisać te słowa :) ,
3) twardziel ze mnie bo na sumieniu mam jedynie małe grzeszki w postaci nadkonsumpcji kawy i wina, pozostałe przewinienia nie są moje tylko wynikają z czynników zewnętrznych więc się nie liczą :)
4) PKP musi odejść (ale to już zupełnie inna historia).

Być może rozwinę któryś z powyższych wątków później, w tej chwili jednak odczuwam przemożną potrzebę padnięcia z gracją na twarz, co też właśnie czynię...

piątek, 14 maja 2010

Magda: tupanie tłuszczu

Z codziennego zabiegania zapomniałam się nie przyznać, że zeszły tydzień kulinarnych potyczek nie przyniósł żadnego efektu. Zero ubytków... Niby to efekt zatrzymania wody w organizmie (hormony i takie tam), ale ja wiem swoje - gotowanie mi nie służy! Komplikacje w kuchni powodują, że automatycznie puchnę, pewnie z nerwów...

Jednak nie podziałało to na mnie dołująco, bo wiem, że znalazłam się w czymś co nazywam fazą utupywania (informatyk pewnie przemianowałby to na defragmentację tłuszczu) - puste przestrzenie pomiędzy różnymi pokładami tłuszczu powstałe w wyniku odchudzania muszą się zapełnić istniejącymi pokładami tego budulca cobym się nie rozeszła na szwach. Jako że nowe tłuściochy nie są dostarczane, w związku z tym kurczę się wszerz, kurcze :) Czuję to już wyraźnie po ubraniach, oby tylko skóra nadążała z kurczeniem się także (mam wrażenie, że powinnam zacząć używać kremów dla kobiet po ciąży - może ktoś polecić jakieś dobre?). Chudnę w oczach, szkoda, że nie w d.... ale i na to przyjdzie czas.

Przede mną następny sprawdzian silnej woli - trzydniowy wyjazd do Krakowa. Jeśli oprę się solonym preclom i zapiekance na kazimierskim rynku o północy, to już nic mnie nie ruszy! Do napisania po powrocie!

niedziela, 9 maja 2010

Magda: kuchenny sajgon

Wtajemniczeni wiedzą, że dla swojego własnego dobra oraz w ogólnie pojętym interesie społecznym, nie powinnam robić trzech rzeczy: śpiewać, prowadzić samochodu i gotować (niekoniecznie w tej kolejności).
Będąc osobą litościwą - nie śpiewam i nie jeżdżę autem (aczkolwiek niewykluczone, że kiedyś dane mi będzie wykonywać te dwie czynności naraz), jednak od czasu do czasu jestem zmuszona coś ugotować. Do tej pory mój repertuar ograniczał się zazwyczaj do wody na herbatę (chociaż i to podobno udało mi się kiedyś przypalić), parówek i jajek. Przemysł garmażeryjny także bywał przydatny dostarczając produktów (czasami nawet całkiem smacznych dopóki ich nie przesoliłam lub nie rozgotowałam), które wystarczyło odgrzać lub odsmażyć. Wynik był łatwy do zaobserwowania, szczególnie z orbity okołoziemskiej...

Pierwsze tygodnie diety pod tym względem nie były dla mnie problemem, dopóki nie zapomniałam, że właśnie coś przygotowuję na obiad, ale w sumie lubię dobrze spalone mięso, więc obyło się bez głodówki. Niestety, wraz z postępami diety, nadchodzą coraz to bardziej wymyślne przepisy. Opiekująca się mną dietetyczka z NH wpadła w lekką panikę i z obłędem w oku wertowała propozycje kulinarne, po tym jak kategorycznie odmówiłam gotowania zup, przygotowywania wywarów, duszenia warzyw i tym podobnych kompletnie mi obcych obrzędów (nie na darmo przecież dla optymalnego wykorzystania z przestrzeni mieszkalnej zamieniłam większą część kuchni w ciemnię fotograficzną). Dostałam kilka propozycji do wyboru wraz z prośbo-nakazem "niech Pani chociaż spróbuje".

Tak więc walczę od zeszłej środy - oczywiście odrzuciłam wszystkie przepisy wymagające długoterminowego znęcania się nad produktami spożywczymi. Mam za sobą dwie próby przygotowania czegoś co nie wygląda lub/i nie smakuje jak rozmoczona skarpeta. W obu wypadkach +100 punktów za wytrwałość przygotowania, +100 punktów za odwagę w konsumowaniu, -1000 punktów za efekty... Dość powiedzieć, że na widok sałatki warzywno-jajecznej w sosie curry nastoletnia latorośl mojej kumpeli zapytała mnie rezolutnie, czy będę to jeść czy właśnie zwróciłam... No ale głodny organizm nie jest wybredny...
Dzisiaj walczyłam z bakłażanami - niestety po raz n-ty przekonałam się, że pomimo iż znam osoby, którym ta sztuczka wychodzi, moje krążki nie są ani chrupiące ani smaczne a przypominają smakiem i strukturą rozmoczonego bardzo starego grzyba, takiego, którego nawet ślimak by nie ruszył. Chyba nie będę ryzykować jutro w sprawie omleta i z dozwolonych produktów skomponuję jajecznicę...

Sumienie mam czyste - spróbowałam, wczytałam się uważnie w przepisy, wykonałam polecenia, wyszło jak zawsze... Gotowanie zostawiam ludziom, którzy mają wyczucie, cierpliwość i inwencję w kuchni, ja ten czas wolę poświęcić na coś innego bo skrobanie przypalonych garów jest uciążliwe...

 ps: mój wewnętrzny kot ma komentarz:
źródło: www.garfield.com

piątek, 7 maja 2010

Mari: w grudniu...

...skończę 37 lat. Już się cieszę na myśl, że w moje urodziny będę mogła powiedzieć: "do 36tego roku życia byłam g... nie byłam szczupła" ;)

Jutro jadę na Tantrę. Czas najwyższy spakować walizkę.
Nie będzie mnie tu przez tydzień.

Madziare, pozostaję w duchowej łączności ;)
Cmok :*

środa, 5 maja 2010

Magda: z trzeciej strony

Właśnie wróciłam z odważania i radośnie dopisałam następny sukces do wspólnej puli. Obyło się bez przewidywanego płaczu i zgrzytania zębów, bo pomimo wrażenia, że brakuje mi tylko kosza i mogłabym zarabiać na życie oferując balonowe przeloty krajoznawcze, znów gdzieś po drodze utraciłam kawałek siebie (za którym na pewno nie zatęsknię).
Mężczyźni jednak mają łatwiej - nie są uzależnieni od hormonów zatrzymujących zazdrośnie wodę w organizmie, do przeżycia nie jest im potrzebna duża porcja czekolady co miesiąc o którą domaga się zołza wstrętna zwana PMS, i mają gdzieś czy ciuchy w które mieszczą wyglądają jakby ktoś je podprowadził z szafy Danuty Rinn... Nie mówiąc już o tym, że facet z nadwagą to taki misio-pysio kochany a dziewczyna z nadwagą to pasztet...

Z drugiej strony, jak już taki misiek przestanie myśleć że piwo i golonka ukształtowało to boskie ciało i nie chce już więcej miażdżyć swojej (lub nie) kobiety, napotyka na opór systemu. No przecież nie powie kolegom, że nie będzie pił piwa i pochłaniał połowy krowy za jednym zamachem, bo się odchudza - odchudzanie jest dla "bab" i dla gejów. Może jeszcze zacznie się nie daj Boże, smarować kremem!!?
Kobiety zrozumieją odchudzającą się dziewczynę, najwyżej złośliwie i okrutnie będą namawiać do zjedzenia tego czy owego (no bo przecież "od jednej szarlotki / kawałka pizzy / kiełbaski nie przytyjesz") ale nikt o takiej nie powie, że straciła swoją kobiecość... Dla facetów natomiast przyznanie się do odchudzania jest dowodem słabości, umniejsza ich męskość, choć paradoksalnie przecież podniosłoby atrakcyjność dla płci przeciwnej... I to niby nas trudno zrozumieć...

No dobrze, lepiej jednak być kobietą :)

Mari: przyjemne rozczarowania...

...są zawsze miłą niespodzianką. Przed wczorajszym ważeniem byłam przekonana, że jest mnie mniej o pół kilograma, tymczasem rzeczywistość okazała się dużo łaskawsza. W końcu między pół a prawie półtora kilograma jest przepaść ogromna. Po raz kolejny 'prawie' zrobiło naprawdę dużą różnicę :)

W sobotę wyjeżdżam na tygodniowe warsztaty Tantry. Nie będę miała możliwości samodzielnego przygotowywania posiłków. Zdaję się całkowicie za zdrową i smaczną wegetariańską kuchnię ośrodka w Nowym Kawkowie, który przez tydzień będzie moim domem :) Dobra strona jest taka, że nie ma tam pokus w postaci słodyczy, ciasta, białego wina. Natomiast zła strona... Hmmm... Złych stron po prostu nie ma :)

Bardzo cieszę się na ten wyjazd. Tydzień odcięcia od świata, internetu, telefonu i tego całego chaosu, który otacza mnie na co dzień. Wyciszenie i bycie z samą sobą. Niewykluczone, że wrócę jeszcze bardziej nawiedzona, choć nie wiem, czy pogłębienie tego stanu jest w moim przypadku możliwe :)
Pozostanę w duchowej łączności - rzecz jasna.
I będę posyłać dużo dobrej energii :)

PS. Madziare, bardzo się cieszę z kolejnej wrzutki do naszego wspólnego worka, w którym gościmy  Tłuszczysławę, zanim odprawimy ją na dobre ;)

poniedziałek, 3 maja 2010

Mari: weekendy...

...są prawdziwą zmorą mojej dietetycznej codzienności.
Z Madziarowego posta zresztą wynika, że nie tylko mojej.
I nie umiem wytłumaczyć, na czym dokładnie to polega.
Pół biedy, jeśli spędzamy czas we własnym domu.
W długi weekend jednak pojechaliśmy do rodziców, do naszego
rodzinnego miasta – Piotrkowa.
W weekendy mam obniżoną odporność na różne pokusy. Na szczęście rodzina wspiera mnie na wiele sposobów. Mama Krzyśka (Krzysiek to mój osobisty mąż ;) upiekła pyszne rogaliki, po czym porzuciła je, a sama wyjechała na dwa tygodnie oczyszczania organizmu. Krzyśka Tata umie upiec najlepsze na świecie ciasto drożdżowe ze śliwkami. I w ten weekend również je popełnił. Naprawdę, robią co mogą, żeby okazji do ćwiczenia silnej woli mi nie brakowało ;)
Rogalików i ciasta dzielnie nie tknęłam, skusiłam się jedynie na kilka słonych paluszków i mały kawałek białego chleba z masłem. Mogę być z siebie dumna. Zapomniałam nadmienić, że Krzyśka Tata piecze też najlepszy na świecie chleb pełnoziarnisty. Całe szczęście, już w kilka dni po przejściu na zdrowy styl życia, żołądek skurczył mi się na tyle, że dwie kromki na śniadanie są szczytem moich możliwości konsumpcyjnych. Wieczorem moje możliwości są dużo większe, więc w czasie szykowania kolacji ratuję się żuciem gumy.
I to pomaga.

Weidera porzuciłam chwilowo, ale moje ciało wysyła mi dość jasne sygnały, że ta separacja nie wychodzi mi na zdrowie. Znów źle się schyliłam, kiedy podnosiłam walizkę z podłogi i kręgosłup aż jęknął.
Albo wrócę do Weidera – oznajmił – i wzmocnię mięśnie brzucha, dzięki czemu go znacznie odciążę, albo on – kręgosłup znaczy – odmawia współpracy ze mną. Obiecałam mu, że wrócę do Weidera
i że będę dostrzegała wyłącznie dobre strony jego sadystycznej osobowości ;)

niedziela, 2 maja 2010

Magda: test wytrzymałości

Wiadomo doskonale, a szczególnie osobom, które kiedykolwiek na diecie były dłużej niż tydzień, że są takie momenty w roku, kiedy trzymanie się zasad jest niezwykle utrudnione lub wręcz niemożliwe. Wigilia. Wielkanoc. Ostatni dzień PMS. Majowy weekend.
Jak widać po opustoszałych ulicach miasta stołecznego, trwa ów szczęsny czas, który jest dla przeciętnego Polaka sygnałem, że rozpoczął się sezon polowań na przypieczone kiełbaski i karkóweczkę w piwie. Przymus grillowania jest dla nas jak zew natury dla łososia w czasie tarła - nie wygrasz. W sezonie grillowym płyniesz pod prąd codziennego życia, aby móc w sobotę czy niedzielę poczuć smak wolności na łonie natury oraz brykietów.
Jest to także czas apokalipsy dla tych z nas, którzy postanowili zrzucić trochę zbędnych kilogramów - te skwierczące karkówki, wspaniałe kiełbasy z serem, piwo, sos czosnkowy, opiekany chleb z masłem czosnkowym... Na samą myśl cieknie ślinka nie tylko osobie, która od ponad dwóch tygodni (i ma to w perspektywie na następne kilka miesięcy) żywi się głownie warzywami, smażonym 'na sucho' kurczakiem i białymi serkami "light".

Ponieważ dostałam niezwykle nęcące zaproszenie na grillowanie na działce, pomyślałam sobie, że ten weekend będzie dla mnie tym, czym było pierwsze wyjście do knajpy po rzuceniu palenia: czasem pokusy i próby charakteru. Miałam jednak szczęście, bo moi gospodarze jakiś czas temu także postanowili zadbać o linię* i mając na względzie moje i swoje dobro, przygotowali szaszłyki z kurczaka i warzyw. Przyznam szczerze, że poszłam o jeden szaszłyk za daleko a w dodatku wyczerpałam swój przydział wina na następne półrocze, ale i tak kulinarny bilans tej majówki wypadł pozytywnie - obyło się więc bez późniejszego samobiczowania, wyrzutów sumienia i plucia sobie w brodę (co pozwoliło mi zachować estetyczny wygląd w drodze do domu).
Wygląda na to, że można zadość uczynić nowej świeckiej tradycji weekendowego grillowania bez pożerania połowy cielaka, zagryzienia tego bochnem chleba i popicia antałem piwa. Niezwykle budująca świadomość dająca dobre prognozy na przyszłość.

* mimo, że linia powinna być gruba i wyraźna ;)