poniedziałek, 28 czerwca 2010
Mari: mamusiu, jak tu pięknie :)
Człowiek na chwilę pojedzie wygrzać się na słońcu nad polskim morzem, wraca do Warszawy, a tu blog nie do poznania. I jaki piękny :) Madziare, uwielbiam to zdjęcie! Cudne wspomnienia z Krety. I my takie śliczne 20 kilogramów temu :D Chwilę potrwa zanim wrócimy do formy. Ty wrócisz szybciej oczywiście. Ja wrócę za jedną ciążę i jeszcze trochę ;) Kiedy kobieta jest w ciąży, nie myśli o odchudzaniu. Przynajmniej ja nie myślę. Wreszcie przyszedł ten czas, kiedy będę mogła o tym pomyśleć w swoim czasie, albo nieco później. Jednocześnie zastanawiam się, jaki jest rekord minimalnego wzrostu wagi w ciąży. No bo wiadomo, że są kobiety, które przybierają 10 kg, a są takie, które tyją 20 i 30 kg. Na czym polega różnica i gdzie tkwi sekret??? Myślę, że wystarczy zrezygnować ze słodyczy, tłustości i ruszać się każdego dnia nieco więcej, niż inni. Wiśta wio... Łatwo powiedzieć. Kobiety, które - tak jak ja - pochłaniają tłuszcz z powietrza (nawet jeśli jest to powietrze odległej galaktyki) nie mają łatwo. Geny też robią swoje. Ważne jednak, aby nie poddać się, kochać siebie i fasolkę w swoim brzuchu. Reszta chyba przyjdzie sama. Kogoś, kogo kochamy, nie tuczymy bez opamiętania. Nie wpychamy w kochane osoby różnych niezdrowych specyfików. Zapewniamy im to, co najlepsze, bo kochamy. I tej filozofii będę się trzymać. Chcę jeść wtedy, kiedy jestem głodna i chcę przestać jeść wtedy, kiedy poczuję się nasycona. Postanowiłam wreszcie zacząć słuchać siebie. Co z tego wyjdzie? O tym na bieżąco. Tutaj :)
piątek, 25 czerwca 2010
Magda: po naradzie produkcyjnej
Zmieniła się nasza sytuacja - komuś przybyło, komuś ubyło, ale nie zmieniło to naszej chęci do pisania i naszego "odważania". Obie znajdujemy się w miejscu, w którym nasze życie się zmienia, z różnych powodów, i nadal potrzebujemy siebie nawzajem na równi z odwagą a to przecież podstawa odważników :)) No i odczuwamy potrzebę pisania teraz już może o czymś nieco innym niż dieta (zresztą o odchudzaniu i tak ostatnio niezbyt dużo pisałyśmy). Pisać będziemy nadal, chwilowo może nieco mniej intensywnie z powodu sezonu ciążowo-ślubnego, ale mam nadzieję, że nikt nie poczuje się zawiedziony czytając o innych aspektach naszego życia niż pokusy żywieniowe czy wzloty i upadki morale :))
ps - acha, a niedługo wyglądać będziemy znowu tak (cóż znaczy te 9 miesięcy wobec wieczności ;))
ps - acha, a niedługo wyglądać będziemy znowu tak (cóż znaczy te 9 miesięcy wobec wieczności ;))
środa, 23 czerwca 2010
Magda: ogłoszenie parafialne
Na wniosek Mari (a wiadomo, że z ciężarną kobietą spierać się nie wypada) rozdzieliłam nasze stany na wielofunkcyjnym pasku po lewej (tym bardziej, że zaczynam odczuwać coś na kształt źle skrywanej satysfakcji z powodu dwucyfrowego wyniku ;)). Zmieni się także zapewne opis na tymże pasku, ale wymaga to przypływu weny twórczej więc chwil parę to zajmie...
Jak pisała Mari, odmienność stanów nie oznacza zawieszenia bloga, zmieni się tylko zapewne tematyka niektórych postów.
A jakby chciał ktoś (mimo lekko zaburzonej intensywności pojawiania się postów na tym blogu) dać upust swemu uwielbieniu i powiedzieć światu, co o nas myśli, to (już tradycyjnie) po lewej znajdziecie fejsbukowy klawisz "Lubię to".
wtorek, 22 czerwca 2010
Mari: ogłoszenie (dez)organizacyjne
No i wyjaśniła się zagadka zastoju wagowego ostatnich tygodni. Nie jest mi już tak głupio, że tylko Madziare dorzuca zrzucone kilogramy do wspólnego wora... Cóż, jeśli chodzi o ten wspólny wór, chyba chwilowo zmuszona jestem wystąpić o rozdzielność majątkową. Za obopólną zgodą i bez orzekania o winie. Jakby to powiedzieć, nie owijając w bawełnę... Piszę po długiej przerwie dopiero teraz, bo trochę czasu zajęło mi oswojenie się z myślą, że za kilka miesięcy po raz trzeci będę mamą :) Pomyślałam jednak, że nie będę przerywała współtworzenia naszego fatbloga. Wprawdzie Madziare pisze ostatnio częściej, więcej i zdecydowanie bardziej zabawnie, ale przecież każda z nas jest płodna na swój sposób ;) Poza tym zamierzam wspierać Madziare w Jej drodze. Jest całe mnóstwo rzeczy, o których chcę napisać i z pewnością napiszę -
w końcu co dwie głowy, to nie jedna ;)
I kiedy już urodzę, a Madziare będzie chuda jak-nie-wiem-co, wrócę do mojego planu doprowadzenia się do ludzkiej postaci. I wiem, że Madziare będzie mnie wtedy wspierać :) Póki co, (nad)waga schodzi na plan dalszy. Poprosiłam Madziare, żeby zostawiła na liczniku tylko swój wynik. Moja waga niestety przez jakiś czas będzie szła w górę. W mojej nowej rzeczywistości i w tej chwili jestem z tym całkowicie pogodzona :)
w końcu co dwie głowy, to nie jedna ;)
I kiedy już urodzę, a Madziare będzie chuda jak-nie-wiem-co, wrócę do mojego planu doprowadzenia się do ludzkiej postaci. I wiem, że Madziare będzie mnie wtedy wspierać :) Póki co, (nad)waga schodzi na plan dalszy. Poprosiłam Madziare, żeby zostawiła na liczniku tylko swój wynik. Moja waga niestety przez jakiś czas będzie szła w górę. W mojej nowej rzeczywistości i w tej chwili jestem z tym całkowicie pogodzona :)
poniedziałek, 21 czerwca 2010
Magda: zaburzenia percepcji
Nie wiem, czy ma to coś wspólnego z dietą, ale mam wrażenie że albo w suplementach z NH albo w pomidorach i truskawkach jest coś co wpływa na moje postrzeganie świata. Biorąc pod uwagę, że wszystkie warzywa i owoce są albo modyfikowane genetycznie albo tak spryskane pestycydami że świecą w nocy (wczoraj usłyszałam od kumpeli że badanie krwi po rzodkiewkowej uczcie wykazało obecność w jej ograniźmie pestycydów), to bardzo możliwe że jestem na nieustannym haju...
Kilka przykładów mojego przejścia na drugą stronę drzwi percepcji:
napis rzeczywisty: co widzi Magda:
książę persji książę perwersji
auta z komisu auta z kosmosu
autoryzowany przedstawiciel autoryzowany uzdrowiciel
ciesz się zimą ciesz się mną
Dzisiaj dzień owoców cytrusowych, strach pomyśleć co zobaczę jutro...
czwartek, 17 czerwca 2010
Magda: rutyna
Jakoś tak ostatnio niewiele mam do napisania... No bo o czym pisać - kilogramy lecą w dół (tfu, tfu odpukać) planowo, żadnych rewolucji, żadnych grzechów głównych (dzisiejsza dramatycznie zapowiadająca się walka w sklepie zakończyła się mniej pasjonująco niż mecz polskiej reprezentacji "a może kupię sobie loda - lato przyszło" / "no mogę - tylko po co?"). W sumie to nic się nie dzieje - praca, praca, praca... ale ta z tych fajnych więc nie ma co narzekać, bo codziennie rano budzę się z radością, że zaraz usiądę do biurka i zacznę czarować na komputerze.
Jak każda czarownica także trochę mieszam w garach: noga węża, oko pszczoły, korzeń mandragory i takie tam, ale głównie ostatnio śmierdzący karczoch (na szczęście rozcieńczany w wodzie), truskawki i pomidory... Wpadłam w rutynę, ale to dobrze bo to jeden z głównych składników dobrej diety zaraz po wodzie. Póki co, nie obserwuję zachcianek słodyczowych, niskie ciśnienie odstrasza mnie od wina a czerwonego krwistego mięsa odechciało mi się na dobre po obejrzeniu World Press Photo - oprócz dokumentacji okropnych rzeczy, które ludzie robią sobie nawzajem, były tam też trzy zdjęcia, które widzę jak tylko zamknę oczy - zdjęcia z rzeźni... Ale wystawę polecam nie tylko tym, którzy chcą w sobie zwalczyć drapieżne zapędy...
poniedziałek, 14 czerwca 2010
Mari: w swoim czasie...
…bo wszystko podobno przychodzi wtedy, kiedy jesteśmy na to gotowi. Różne inne rzeczy też przydarzają nam się w najlepszym dla nas czasie, choćby poniższy post Madziare, który przeczytałam z dużą ulgą. Ufff…, to nie wyścig. Nie ma sprawdznanu na półrocze i wystawiania ocen, chociaż przecież czerwiec. Nie zostanę na drugi rok w tej samej klasie. Zresztą to bez różnicy, bo czy w 36-letnim życiu jeden rok robi dużą różnicę? I jeśli ktokolwiek miałby popatrzeć na mnie surowym wzrokiem, to najpewniej będę to ja sama, przeglądając się w lustrze. Niemniej jednak kwiestia trzeciego tygodnia bez najmniejszego ruchu na wadze może być dołująca. No wiem, że trzy tygodnie to nic w porównaniu z wiecznością. Informacja, że tłuszcz spada, jakoś mało pociesza, bo nie przekłada się na spadek wagi. Dorzućmy do tego wyjątkowo wredny pms i już wszystko wiadomo. Chodzę wściekła jak osa. Marzę o założeniu rękawic bokserskich i nawalaniu wszystkiego dookoła. Lepiej oczywiście, gdyby to był przeznaczony do tego specjalny przyrząd w siłowni, niż na przykład moi bliscy, a odnoszę wrażenie, że dziś jestem zdolna do wszystkiego. Dobrze więc, że z rodziną spotkam się dopiero po południu, Może do tego czasu przejdzie mi trochę. A póki co wyładuję się trochę na pracy ;)
sobota, 12 czerwca 2010
Magda: najlepszy post
Wkradł się między nas jakiś dziwny element rywalizacji. W sumie ode mnie się zaczęło bo przy pierwszym wstrzymaniu spadku wagi moją pierwszą myślą było "a Mari chudnie... jest lepsza a ja nieudacznica jedna zaniżam poziom...". Teraz Mari ma to samo albo podobnie... Demotywacja instant.
Dziwna ta natura ludzka - od dziecka wbija nam się do głów, że musimy być lepsi, szybsi, chudsi, mądrzejsi niż inni. Zaczynają ten proces rodzice w zachwycie wmawiając wszystkim dookoła i sobie, że ich pociecha jest istnym geniuszem o kupie o zapachu fiołków i niezwykłym talencie do tańca lub deklamacji nawet przed pierwszym słowem artykułowanym - co nakłada brzemię na małego człowieka i pozostawia w psychice zaprogramowany przymus bycia najlepszym. Nie wystarczy być po prostu dobrym - naj jest najważniejsze... Później przejmuje nas szkoła, gdzie jesteśmy zmuszani do rywalizacji przez nauczycieli i presję rówieśników. Dla tych pierwszych liczą się najlepsze oceny, dla tych drugich - bycie najfajniejszym (albo najfajniejsze zabawki ;). Ci, którzy idą swoim tempem i swoją drogą przez system postrzegani są jako miernoty i budzą niezmierne zdziwienie na spotkaniach klasowych swoimi poczynaniami w dorosłym życiu ("a był taki niepozorny.."). I tak przez całe życie - egzaminy, oceny okresowe w pracy, przekątna telewizora, ilość "kliknięć". Po latach programowania zazwyczaj się okazuje, że nie jesteśmy '"naj" co wzbudza w nas poczucie niespełnienia misji dziejowej jaką przeznaczyło życie a do której nie przystajemy... No kanał po prostu - i jak tu nie popaść w depresję...
Ja jednak uważam, że bycie po prostu dobrym w tym co się robi jest równie cenne jak bycie najlepszym (oczywiście nie dotyczy to geniuszy intelektu, mistrzów sportu, fryzjerów - szczególnie odwiedzanych przeze mnie, producentów kremu na cellulitis oraz Bono). Nie chodzi mi o to, żeby zrezygnować z osiągania sukcesów czy swoich marzeń, ale raczej żeby skupić się na celu i dążyć do niego w swoim tempie a nie na drodze do niego.
Znając swoje ograniczenia wiem, że nie będę naj i wcale mi to nie przeszkadza póki wiem, że wykorzystuję swój ograniczony potencjał do bycia "dobrym". To pozytywnie działa na samoocenę i przemianę materii - gdybym wiedziała o tym wcześniej, pewnie teraz byłabym wyluzowanym chudzielcem (no dobra, dobra, ale pomarzyć można ;)).
Zgodnie z tą zasadą postanawiam niniejszym nie brać udziału w wyścigu odchudzeniowym - trzymamy się zasad i chudniemy w swoim własnym tempie (na końcu i tak bilans się wyrówna). Odchudzanie jest wystarczająco trudne i bez naszego komplikowania - a wiem, że w tym akurat jesteśmy NAJLEPSZE :)
czwartek, 10 czerwca 2010
Mari: post zabawny, acz nie na temat...
...był z mojej strony próbą zamaskowania niemocy twórczej i każdej innej. Waga nadal stoi. Może też się zdziwiła skutkami burzy sprzed tygodnia. Tydzień temu, w czwartek, planowałam piknik ze znajomymi i zastanawiałam się, czy uda mi się nie obślinić na widok kiełbasy z grilla, tymczasem zaledwie kilka godzin później to nie waga, ale zupełnie inne tematy nabrały statusu wagi państwowej niemalże. I nie ma to nic wspólnego z nadwagą. No nie wiem, może zbyt często myślałam sobie: "Madziare idzie jak burza"; "ja też chcę iść jak burza"... Wiadomo, że myśli stają się rzeczami. Staram się jednak nie myśleć, że to przeze mnie miała miejsce burza i ulewa, która zalała doszczętnie garaże, piwnice i windy na naszym osiedlu. Wszystko już wraca do normy. W końcu mamy gdzie mieszkać,
a piwnice i garaże się posprząta. Nie o sytuacji powodziowej chciałam tu pisać, ale o tym, że na kilka dni całkiem, ale to całkiem przestałam myśleć o walce z kilogramami. Pierwszy raz od wieków chyba TEN temat dla mnie nie istniał. Bo były rzeczy ważniejsze.
I może to jest droga? Odpuścić to, czego się tak trzymam, skupić się na tym, co ważne, a to, co mniej ważne samo przyjdzie. Robić swoje dalej, ale nie na tym się skupiać. Chudnąć jakby przy okazji. Taaa... Podoba mi się ten pomysł. Idę się zatem pakować. Jutro wyjeżdżam na cały weekend. I postaram się nie nagrzeszyć zbytnio. A nawet jeśli, to nie będę o tym za dużo myślała ;)
a piwnice i garaże się posprząta. Nie o sytuacji powodziowej chciałam tu pisać, ale o tym, że na kilka dni całkiem, ale to całkiem przestałam myśleć o walce z kilogramami. Pierwszy raz od wieków chyba TEN temat dla mnie nie istniał. Bo były rzeczy ważniejsze.
I może to jest droga? Odpuścić to, czego się tak trzymam, skupić się na tym, co ważne, a to, co mniej ważne samo przyjdzie. Robić swoje dalej, ale nie na tym się skupiać. Chudnąć jakby przy okazji. Taaa... Podoba mi się ten pomysł. Idę się zatem pakować. Jutro wyjeżdżam na cały weekend. I postaram się nie nagrzeszyć zbytnio. A nawet jeśli, to nie będę o tym za dużo myślała ;)
środa, 9 czerwca 2010
Mari: Piekielnie dobre. Boskie wręcz! :D
Egzamin:
Poniżej cytuję jedno z pytań, które pojawiło się na egzaminie na wydziale Chemii NUI Maynooth (National University of Ireland) Odpowiedz jednego ze studentów była na tyle wyjątkowa, ze profesor podzielił się nią ze swoimi kolegami a później jej treść przedstawił w Internecie.
Pytanie:
Czy piekło jest egzotermiczne (oddaje ciepło) czy endotermiczne (absorbuje ciepło)?
Większość odpowiedzi oparta była na prawie Boylesa, które mówi, że w stałej temperaturze objętość danej masy gazu jest odwrotnie proporcjonalna do jego ciśnienia.
Jeden ze studentów napisał tak:
Najpierw musimy stwierdzić jak zmienia się masa piekła w czasie. Do tego potrzebna jest liczba Dusz które idą do piekła I liczba dusz która piekło opuszcza.
Moim zdaniem, można ze sporym prawdopodobieństwem przyjąć, że Dusze, które raz trafiły do piekła nigdy go nie opuszczają. Na pytanie : ile Dusz idzie do piekła, można spojrzeć z punktu widzenia wielu istniejących dzisiaj religii. Większość z nich zakłada że do piekła idzie się wtedy, gdy nie wyznaje się tej właściwej wiary. Ponieważ religii jest więcej niż jedna i dlatego że nie można wyznawać kilku religii jednocześnie, można założyć, że wszystkie dusze idą do piekła. Patrząc na częstotliwość narodzin i śmierci, można założyć, że liczba dusz w piekle wzrastać będzie logarytmicznie. Rozważmy więc pytanie o zmieniającej się objętości piekła. Ponieważ wg prawa Boylesa
wraz ze wzrostem liczby dusz rozszerzać się musi powierzchnia piekła tak aby temperatura i ciśnienie w piekle pozostały stałe, istnieją dwie możliwości:
1. Jeśli piekło rozszerza się wolniej niż liczba przychodzących do niego Dusz, temperatura i ciśnienie w piekle będzie tak długo rosło aż piekło się rozpadnie.
2. Jeśli piekło szybciej się rozszerza niż liczba przychodzących tam Dusz, wówczas temperatura i ciśnienie w piekle będzie spadać tak długo aż piekło zamarznie.
Która z tych możliwości jest bardziej realna?
Jeśli weźmiemy pod uwagę przepowiednie Sandry, która powiedziała do mnie:
"prędzej piekło zamarznie niż się z tobą prześpię", jak również to, że wczoraj z nią spałem, możliwa jest tylko ta druga opcja. Dlatego też jestem przekonany, że piekło jest endotermiczne i musi być juz zamarznięte.
Z uwagi na to ze piekło zamarzło, można wnioskować, że żadna kolejna Dusza nie może trafić do piekła, a ponieważ pozostaje jeszcze tylko niebo, dowodzi to też istnienia Osoby Boskiej, co z kolei tłumaczy dlaczego Sandra cały wczorajszy wieczór krzyczała:
"O, Boże!".
Student otrzymał ocenę ' Bardzo dobry ' .
:D
*Moja znajoma przysłała mi ten tekst w mailu. Nie mam pojęcia, skąd pochodzi, ani kto jest autorem :/
Poniżej cytuję jedno z pytań, które pojawiło się na egzaminie na wydziale Chemii NUI Maynooth (National University of Ireland) Odpowiedz jednego ze studentów była na tyle wyjątkowa, ze profesor podzielił się nią ze swoimi kolegami a później jej treść przedstawił w Internecie.
Pytanie:
Czy piekło jest egzotermiczne (oddaje ciepło) czy endotermiczne (absorbuje ciepło)?
Większość odpowiedzi oparta była na prawie Boylesa, które mówi, że w stałej temperaturze objętość danej masy gazu jest odwrotnie proporcjonalna do jego ciśnienia.
Jeden ze studentów napisał tak:
Najpierw musimy stwierdzić jak zmienia się masa piekła w czasie. Do tego potrzebna jest liczba Dusz które idą do piekła I liczba dusz która piekło opuszcza.
Moim zdaniem, można ze sporym prawdopodobieństwem przyjąć, że Dusze, które raz trafiły do piekła nigdy go nie opuszczają. Na pytanie : ile Dusz idzie do piekła, można spojrzeć z punktu widzenia wielu istniejących dzisiaj religii. Większość z nich zakłada że do piekła idzie się wtedy, gdy nie wyznaje się tej właściwej wiary. Ponieważ religii jest więcej niż jedna i dlatego że nie można wyznawać kilku religii jednocześnie, można założyć, że wszystkie dusze idą do piekła. Patrząc na częstotliwość narodzin i śmierci, można założyć, że liczba dusz w piekle wzrastać będzie logarytmicznie. Rozważmy więc pytanie o zmieniającej się objętości piekła. Ponieważ wg prawa Boylesa
wraz ze wzrostem liczby dusz rozszerzać się musi powierzchnia piekła tak aby temperatura i ciśnienie w piekle pozostały stałe, istnieją dwie możliwości:
1. Jeśli piekło rozszerza się wolniej niż liczba przychodzących do niego Dusz, temperatura i ciśnienie w piekle będzie tak długo rosło aż piekło się rozpadnie.
2. Jeśli piekło szybciej się rozszerza niż liczba przychodzących tam Dusz, wówczas temperatura i ciśnienie w piekle będzie spadać tak długo aż piekło zamarznie.
Która z tych możliwości jest bardziej realna?
Jeśli weźmiemy pod uwagę przepowiednie Sandry, która powiedziała do mnie:
"prędzej piekło zamarznie niż się z tobą prześpię", jak również to, że wczoraj z nią spałem, możliwa jest tylko ta druga opcja. Dlatego też jestem przekonany, że piekło jest endotermiczne i musi być juz zamarznięte.
Z uwagi na to ze piekło zamarzło, można wnioskować, że żadna kolejna Dusza nie może trafić do piekła, a ponieważ pozostaje jeszcze tylko niebo, dowodzi to też istnienia Osoby Boskiej, co z kolei tłumaczy dlaczego Sandra cały wczorajszy wieczór krzyczała:
"O, Boże!".
Student otrzymał ocenę ' Bardzo dobry ' .
:D
*Moja znajoma przysłała mi ten tekst w mailu. Nie mam pojęcia, skąd pochodzi, ani kto jest autorem :/
wtorek, 8 czerwca 2010
Magda: doktor dobra rada
Wróciłam i wbrew pozorom jeszcze żyję aczkolwiek świadczy o tym jedynie śladowe tętno i nieznośny zakwasowy ból mięśni (ale to ten rodzaj, który lubię, bo za każdym razem gdy się poruszam przypominam sobie co doprowadziło mnie do tego stanu ;))
Jeśli chodzi o dietę to nawet nie poszło źle (wyniki tego chodzenia ujawnię jutro na kultowym pasku po lewej) oprócz pierwszego dla mnie grillowania w tym roku. Niby jadłam tylko to co dozwolone, ale obawiam się, że zarówno gabaryty jak i długość posiłku mocno przekroczyły dozwolone normy. Ale jakoś nie ma z tego powodu wyrzutów sumienia, tym bardziej, że zwalczyłam dzisiaj dzielnie chęć zanurzenia głowy w kabanosach na stoisku mięsnym ;))
Ale ja nie o tym... Udałam się dzisiaj do lekarza w zupełnie innej sprawie. Pan doktor, waga najwyżej kogucia, robiąc ze mną wywiad przed badaniem zadał niedyskretne pytanie o tendencje do tycia, ja oczywiście przyznałam się jak na spowiedzi, że i owszem są na stanie ale walczę i już mam pewne sukcesy za sobą. Na to pan doktor obiecał, że po skończonej części oficjalnej wyjawi mi niesamowity sekret szybkiego chudnięcia. Spojrzałam na niego krytycznie, bo co taki kurczaczek może wiedzieć o chudnięciu ale postanowiłam nie protestować. Okazało się oczywiście, że mój sceptycyzm był jak najbardziej uzasadniony - dottore powiedział, że nie ma nic lepszego jak piesza wyprawa przez góry Hiszpanii z 20-kilogramowych plecakiem do Compostelli (czy jak to się pisze) i że w ten sposób przez 2 dni zgubił 5 kilo (ciekawe z czego - może zabrał pieska ale go zostawił...). On gadał jak najęty a ja wysilałam się, żeby się głupkowato nie rozchichotać... Facet, ja noszę już na sobie 20 kilogramów nadwagi, razem z tym plecakiem byłoby 40... Pudzian by się umęczył. Musiałabym mieć obiecaną utratę co najmniej 1 kilograma nadwagi na 1 kilogram dźwiganego ciężaru a na mecie - dostęp do nieograniczonych zasobów nietuczącego ptasiego mleczka i dietetycznej metki łososiowej żeby dać się namówić na takie brewerie... A przy moim szczęściu i wadze prędzej dostałabym zawału i ruptury niż straciła jakiekolwiek kilogramy...
Niech lepiej chudzi pozostaną chudzi po cichu i nie mieszają w głowach takim jak ja, bo to albo śmiesznie wychodzi albo dołuje jak się trafi na niedobry moment... Od tej chwili porady przyjmuję jedynie od osób, które mogą udokumentować utratę co najmniej 10 kilogramów ;))
ps - przypomniała mi się inna pani doktor, która radziła mi (wtedy jakoś tak 100-kilogramowej masie z krótkimi rączkami) punktowe smarowanie pleców... Łahahahahahahahaha!!!!! Chyba uznała, że skoro mam opony z tłuszczu to jestem kobietą-gumą... ;))
czwartek, 3 czerwca 2010
Mari: przerwy w podróży...
...są niezbędne, coby się podróżą nie zmęczyć i nabrać nowych sił na dalszą drogę. Tak tłumaczę sobie mój chwilowy (mam nadzieję) zastój w traceniu na wadze. I w blożeniu także. Chyba każdy czasem doświadcza niemocy. W różnych dziedzinach życia. Radosnej twórczości nie wyłączając. Waga stanęła. Jak wryta - chciałoby się dodać... Cierpliwie czekam, aż znów ruszy. Oby z kopyta ;) Dobrze, że przynajmniej wyszło słońce. Jutro - korzystając z dnia ustawowo wolnego - spotykam się z przyjaciółmi na grillu. Już dziś planuję przygotować sobie swoje prywatne specyfiki i zabrać w komplecie z serwetkami na wypadek zaślinienia widokiem kiełbasy z grilla ;) Czekam też z niecierpliwością, aż ktoś wymyśli chleb spalający tłuszcz. Chodzi za mną chleb z masłem. Odganiam się od niego jak mogę. I najczęściej z powodzeniem. Jednak brakuje mi chleba w ofercie kolacyjnej. Sałata lodowa z dodatkami to nie to samo... ;)
wtorek, 1 czerwca 2010
Magda: eteryczna cisza
Odpowiadając na zapotrzebowanie społeczne i zapytania obywatelskie dotyczące zastoju na blogu, oświadczam, że z Mari jeszcze nie zaniknęłyśmy a wręcz daleko nam jeszcze do tego (chociaż coraz bliżej).
Nie wiem, jak tam moja druga lepsza połowa (która obiecała, że nabloży ale jakoś jej nie wyszło ;)), ale ja zarobiona jestem po uszy więc częstotliwość moich wywodów spada (obiecuję poprawę po sezonie ślubnym). Poza tym znalazłam się na takim etapie diety, w którym nic się nie dzieje - najciekawsze o czym mogę opowiedzieć, to odkrycie dziwnej reakcji na ananasa w dużych ilościach lub też odkrycie, że mam już dosyć jabłek na następne kilka miesięcy, co znowuż nie jest aż taką rewelacją, żeby poświęcać temu całego posta.
Zapowiadają się jednak w najbliższym czasie atrakcje w postaci próby gotowania szparagów oraz sparring z dietetyczką w sprawie nowych nieskomplikowanych przepisów nie zawierających w sobie także ananasa. O wyjeździe na gościnne występy do następnego podtopionego miasta (woda za mną podąża - Kraków zamókł jak stamtąd wyjechałam, by nie narażać Warszawy siedziałam więc w domu, teraz postanowiłam przetestować magdoodporność Poznania) już nie myślę w kategoriach testu bo skoro przetrzymałam dwie imprezy w knajpach to i tutaj dam sobie radę przy akompaniamencie budyniu i owoców.
Póki co, cisza w eterze trwa, ale to tylko przejściowe trudności, proszę nie regulować odbiorników...
Nie wiem, jak tam moja druga lepsza połowa (która obiecała, że nabloży ale jakoś jej nie wyszło ;)), ale ja zarobiona jestem po uszy więc częstotliwość moich wywodów spada (obiecuję poprawę po sezonie ślubnym). Poza tym znalazłam się na takim etapie diety, w którym nic się nie dzieje - najciekawsze o czym mogę opowiedzieć, to odkrycie dziwnej reakcji na ananasa w dużych ilościach lub też odkrycie, że mam już dosyć jabłek na następne kilka miesięcy, co znowuż nie jest aż taką rewelacją, żeby poświęcać temu całego posta.
Zapowiadają się jednak w najbliższym czasie atrakcje w postaci próby gotowania szparagów oraz sparring z dietetyczką w sprawie nowych nieskomplikowanych przepisów nie zawierających w sobie także ananasa. O wyjeździe na gościnne występy do następnego podtopionego miasta (woda za mną podąża - Kraków zamókł jak stamtąd wyjechałam, by nie narażać Warszawy siedziałam więc w domu, teraz postanowiłam przetestować magdoodporność Poznania) już nie myślę w kategoriach testu bo skoro przetrzymałam dwie imprezy w knajpach to i tutaj dam sobie radę przy akompaniamencie budyniu i owoców.
Póki co, cisza w eterze trwa, ale to tylko przejściowe trudności, proszę nie regulować odbiorników...
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)
.jpg)