Jakoś tak ostatnio niewiele mam do napisania... No bo o czym pisać - kilogramy lecą w dół (tfu, tfu odpukać) planowo, żadnych rewolucji, żadnych grzechów głównych (dzisiejsza dramatycznie zapowiadająca się walka w sklepie zakończyła się mniej pasjonująco niż mecz polskiej reprezentacji "a może kupię sobie loda - lato przyszło" / "no mogę - tylko po co?"). W sumie to nic się nie dzieje - praca, praca, praca... ale ta z tych fajnych więc nie ma co narzekać, bo codziennie rano budzę się z radością, że zaraz usiądę do biurka i zacznę czarować na komputerze.
Jak każda czarownica także trochę mieszam w garach: noga węża, oko pszczoły, korzeń mandragory i takie tam, ale głównie ostatnio śmierdzący karczoch (na szczęście rozcieńczany w wodzie), truskawki i pomidory... Wpadłam w rutynę, ale to dobrze bo to jeden z głównych składników dobrej diety zaraz po wodzie. Póki co, nie obserwuję zachcianek słodyczowych, niskie ciśnienie odstrasza mnie od wina a czerwonego krwistego mięsa odechciało mi się na dobre po obejrzeniu World Press Photo - oprócz dokumentacji okropnych rzeczy, które ludzie robią sobie nawzajem, były tam też trzy zdjęcia, które widzę jak tylko zamknę oczy - zdjęcia z rzeźni... Ale wystawę polecam nie tylko tym, którzy chcą w sobie zwalczyć drapieżne zapędy...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz