poniedziałek, 14 czerwca 2010

Mari: w swoim czasie...

…bo wszystko podobno przychodzi wtedy, kiedy jesteśmy na to gotowi. Różne inne rzeczy też przydarzają nam się w najlepszym dla nas czasie, choćby poniższy post Madziare, który przeczytałam z dużą ulgą. Ufff…, to nie wyścig. Nie ma sprawdznanu na półrocze i wystawiania ocen, chociaż przecież czerwiec. Nie zostanę na drugi rok w tej samej klasie. Zresztą to bez różnicy, bo czy w 36-letnim życiu jeden rok robi dużą różnicę? I jeśli ktokolwiek miałby popatrzeć na mnie surowym wzrokiem, to najpewniej będę to ja sama, przeglądając się w lustrze. Niemniej jednak kwiestia trzeciego tygodnia bez najmniejszego ruchu na wadze może być dołująca. No wiem, że trzy tygodnie to nic w porównaniu z wiecznością. Informacja, że tłuszcz spada, jakoś mało pociesza, bo nie przekłada się na spadek wagi. Dorzućmy do tego wyjątkowo wredny pms i już wszystko wiadomo. Chodzę wściekła jak osa. Marzę o założeniu rękawic bokserskich i nawalaniu wszystkiego dookoła. Lepiej oczywiście, gdyby to był przeznaczony do tego specjalny przyrząd w siłowni, niż na przykład moi bliscy, a odnoszę wrażenie, że dziś jestem zdolna do wszystkiego. Dobrze więc, że z rodziną spotkam się dopiero po południu, Może do tego czasu przejdzie mi trochę. A póki co wyładuję się trochę na pracy ;)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz