Nie ma pojęcia czym sobie na to zasłużyłam (ale korzystam póki mogę), ale jestem na takim prądzie wznoszącym, że niedługo będę miała siniaki na czaszce od obijania się o sufit... Tym bardziej jest to dziwne, że w zeszłym tygodniu sytuacja była dokładnie przeciwna - taplałam się w bagnie samoumartwiania magazynując psychiczne doły jak baby cukier na wojnę...
Niby nic się nie zmieniło - nadal mam nadmiar zajęć (ten z tych przytłaczających), nadal zmiana klimatu na gorące piekło nie pozwala mi pracować ani spać, podżerają mnie insekty przedzierające się przez moskitierę (właśnie usłyszałam w radio, że statystyczny Polak zjada w życiu 3,5 pająka przez sen - no to teraz nie zasnę napewno), na grząskich wodach finansów panuje ciągły odpływ mimo zmian faz księżyca, krople deszczu wyparowują zanim dosięgną ziemi, bolą mnie zęby nawet te których nie mam, moja strona nadal w lesie a waga nie spada jakby mogła. A jednak 600 gram z tego tygodnia znacznie przewyższa 60 deko z zeszłego (percepcja to okrutna pani), budzę się z radością że świeci słońce (i z jeszcze większą, kiedy pada deszcz) a moja praca dostarcza mi tyle endorfin że nie potrzebna mi ani czekolada ani brunet wieczorową porą ;)
Może to dzięki ludziom, których spotkałam ostatnio i którzy podładowali mnie swoją pozytywną energią, może to perspektywa mini-wakacji wśród wielbicieli kobiet z Europy Wschodniej ;), może świadomość, że za 16 dni zobaczę moje ukochane U2 w akcji na żywo, może to wizja Mari rechoczącej w morzu, może ubrania w które się teraz mieszczę, a może maliny... Cokolwiek by to nie było, cieszę się, że mi się to przydarzyło (lub przydarzy)! :))
środa, 21 lipca 2010
środa, 14 lipca 2010
Mari: ach, jak przyjemnie...
... kołysać się wśród fal, gdy szumi, szumi woda... ;)
I nie ma znaczenia, czy płynie się wpław, czy w kajaku. W wodzie jest po prostu fantastycznie.
Kiedy tak pływam sobie w jeziorze, mam wrażenie, jakby i mnie ubyło ponad 11 kilogramów (brawo, Madziare! :) Niestety ta miła iluzja pryska, kiedy wychodzę z wody. Czuję się ciężej niż zwykle.
Może to upał i to uczucie duszności. Miałam takie postanowienie, że w ciąży będę jeść lekko i z umiarem oraz że będę się dużo ruszać. O ile z jedzeniem jest jako tako, to z ruchem jest nijak kompletnie. Wczoraj płynęliśmy kajakami Krutynią. Dwie godziny wiosłowania. Poszło mi całkiem nieźle jak na pierwszy raz* (*na pierwszy raz wiosłowania ;)
Dzisiaj natomiast mieliśmy w planie wycieczkę rowerową. Po wczorajszej przygodzie z kajakami prawie cały dzień przespałam. Po południu dopiero wskoczyłam do jeziora i chłodna jeziorna woda przywróciła mnie do życia. Mam nadzieję, że drugi trymestr przyniesie długo przeze mnie oczekiwany wybuch wulkanu energii, która z pewnością gdzieś we mnie jest, tylko chwilowo dobrze się ukryła i nie wiadomo, kiedy wylezie. Póki co pozostają mi ćwiczenia mięśni brzucha praktykowane mimochodem
i powodowane nagłymi atakami śmiechu. Dobre i to. Tak właśnie rozbawiła mnie wczorajsza wymiana zdań między Kubą (l. 5) i Piotrkiem (l. 9,5).
Kuba pływając w wodzie do kolan:
- Mama, tu jest tyle ryb, że nawet nie umiem ich wszystkich policzyć!
Na co Piotrek siedząc na ręczniku:
- To znaczy, że ryb jest 13, bo Kuba umie liczyć tylko do 12tu ;)
I takie to dialogi prowadzą moi synowie. Padają też inne zabawne teksty, ale nie wszystkie niestety nadają się do publikacji ;)
(Chociaż właściwie, czemu nie? Mądrość dziecięca jest taka rozbrajająca. No i wiadomo przecież, że dzieci rodzą się mądre, ale później idą do szkoły ;)
Skoro już o publikacji mowa... Napisałam ten post po raz drugi, bo kiedy chciałam opublikować go po raz pierwszy, siadł net na Mazurowym Wybrzeżu i całość postu Mordor trafił (a może to znak, że nie powinnam pisać? ;) Publikuję więc w odtworzonej postaci, zanim net znów się rozmyśli i przestanie hulać ;)
I nie ma znaczenia, czy płynie się wpław, czy w kajaku. W wodzie jest po prostu fantastycznie.
Kiedy tak pływam sobie w jeziorze, mam wrażenie, jakby i mnie ubyło ponad 11 kilogramów (brawo, Madziare! :) Niestety ta miła iluzja pryska, kiedy wychodzę z wody. Czuję się ciężej niż zwykle.
Może to upał i to uczucie duszności. Miałam takie postanowienie, że w ciąży będę jeść lekko i z umiarem oraz że będę się dużo ruszać. O ile z jedzeniem jest jako tako, to z ruchem jest nijak kompletnie. Wczoraj płynęliśmy kajakami Krutynią. Dwie godziny wiosłowania. Poszło mi całkiem nieźle jak na pierwszy raz* (*na pierwszy raz wiosłowania ;)
Dzisiaj natomiast mieliśmy w planie wycieczkę rowerową. Po wczorajszej przygodzie z kajakami prawie cały dzień przespałam. Po południu dopiero wskoczyłam do jeziora i chłodna jeziorna woda przywróciła mnie do życia. Mam nadzieję, że drugi trymestr przyniesie długo przeze mnie oczekiwany wybuch wulkanu energii, która z pewnością gdzieś we mnie jest, tylko chwilowo dobrze się ukryła i nie wiadomo, kiedy wylezie. Póki co pozostają mi ćwiczenia mięśni brzucha praktykowane mimochodem
i powodowane nagłymi atakami śmiechu. Dobre i to. Tak właśnie rozbawiła mnie wczorajsza wymiana zdań między Kubą (l. 5) i Piotrkiem (l. 9,5).
Kuba pływając w wodzie do kolan:
- Mama, tu jest tyle ryb, że nawet nie umiem ich wszystkich policzyć!
Na co Piotrek siedząc na ręczniku:
- To znaczy, że ryb jest 13, bo Kuba umie liczyć tylko do 12tu ;)
I takie to dialogi prowadzą moi synowie. Padają też inne zabawne teksty, ale nie wszystkie niestety nadają się do publikacji ;)
(Chociaż właściwie, czemu nie? Mądrość dziecięca jest taka rozbrajająca. No i wiadomo przecież, że dzieci rodzą się mądre, ale później idą do szkoły ;)
Skoro już o publikacji mowa... Napisałam ten post po raz drugi, bo kiedy chciałam opublikować go po raz pierwszy, siadł net na Mazurowym Wybrzeżu i całość postu Mordor trafił (a może to znak, że nie powinnam pisać? ;) Publikuję więc w odtworzonej postaci, zanim net znów się rozmyśli i przestanie hulać ;)
sobota, 10 lipca 2010
Mari: nuda jest piękna...
...nudności niestety mniej. Siedzę więc cicho od dłuższego czasu, bo samopoczucie mam takie, jakbym się zepsutych konserw z jadem kiełbasianym nażarła miesiąc temu i jakby mi do tej pory nie przeszło. Karo właśnie doniosła mi radośnie, że Jej koleżanka schudła w ciąży 10 kg. Jak??? - ja się pytam. No jak to jest możliwe? Zapytałam, czy to kwestia porannego pawia przez cały okres (hehe, jaki okres? ;) ciąży, bo mnie na ten przykład jest tylko niedobrze. Nie ma to (nie)stety żadnych ornitologicznych konsekwecji. Obawiam się, że bez tego schudnąć się nie da, no ale przecież zmuszać się nie będę. W tym stanie zadbać należy wyłącznie o przyjemności. Przy czym nie oznacza to zgrzewek ptasiego mleczka zagryzanych pizzą z chipsami na deser. Organizm kobiety w ciąży głupieje całkowicie. Przynajmniej mój. Rano budzę się i dość szybko zaczynam odczuwać głód. Ale nie jakiś tam głodek z reklamy, tylko prawdziwy. Wilczy. Lecę więc do kuchni, szykuję dwie kromki chleba pełnoziarnistego z twarożkiem, lub innym mazidłem, na to pomidor, ogórek, ewentualnie rzodkiewka. Pierwszy kęs. Gryzę powoli i niemal w tym samym momencie robi mi się tak niedobrze, jakbym pożerała trzeci bochenek... Odkładam kanapkę, kładę się na kanapie, ale tylko na chwilę, bo tuż po tym, jak się położyłam dopada mnie wilczy głód. Znów gryz kanapki i znów po chwili jest mi niedobrze...
I bądź tu cholera kwiatem lotosu na spokojnej tafli jeziora...
Do końca pierwszego trymestru zostało kilka tygodni. Jakoś dociągnę do drugiego i oby w drugim rzeczywiście obudził się we mnie wulkan energii, bo ileż można być tak sflaczałą namiastką człowieka.
Oswoiliśmy się z myślą, że niedługo będzie nas sześcioro, a nie czworo, jak do tej pory. Kuba zapytał dziś, czy kiedy urodzą się bliźnia(cz)ki, to czy oni - on i Piotrek - mogą dostać jakieś zwierzątka, na przykład chomiki.
- Zlituj się - powiedziałam - ja, tata, czwórka dzieci I CHOMIKI???
- Mamo, proszę - nalegał Kuba
- Kubusiu - powiedziałam spokojnie - wiesz, że małe dzieci biorą wszystko do buzi. A jak zjedzą wasze chomiki?
Tu Kuba się zamyślił. Wygląda na to, że temat zwierzątek mamy chwilowo zamknięty. Przynajmniej tych małych ;)
A jutro z rana jedziemy na Mazury. Ładny pensjonat, las, słońce, trzy jeziora... Do któregoś na pewno się zmieszczę ;D
I bądź tu cholera kwiatem lotosu na spokojnej tafli jeziora...
Do końca pierwszego trymestru zostało kilka tygodni. Jakoś dociągnę do drugiego i oby w drugim rzeczywiście obudził się we mnie wulkan energii, bo ileż można być tak sflaczałą namiastką człowieka.
Oswoiliśmy się z myślą, że niedługo będzie nas sześcioro, a nie czworo, jak do tej pory. Kuba zapytał dziś, czy kiedy urodzą się bliźnia(cz)ki, to czy oni - on i Piotrek - mogą dostać jakieś zwierzątka, na przykład chomiki.
- Zlituj się - powiedziałam - ja, tata, czwórka dzieci I CHOMIKI???
- Mamo, proszę - nalegał Kuba
- Kubusiu - powiedziałam spokojnie - wiesz, że małe dzieci biorą wszystko do buzi. A jak zjedzą wasze chomiki?
Tu Kuba się zamyślił. Wygląda na to, że temat zwierzątek mamy chwilowo zamknięty. Przynajmniej tych małych ;)
A jutro z rana jedziemy na Mazury. Ładny pensjonat, las, słońce, trzy jeziora... Do któregoś na pewno się zmieszczę ;D
wtorek, 6 lipca 2010
Magda: deszczowa piosenka
Od kilkunastu dni czuję się jakbym mieszkała w Grecji (tylko takiej mniej atrakcyjnej bo bez morza, drinków na plaży, frappe z Mari i stosów malowniczych kamiulców) - rolety zasunięte w ochronie przed słońcem, bo inaczej nie da się pracować w tym piecu, który od czasu do czasu nazywam mieszkaniem, za oknem wieczny remont, konsumpcja wody z lodem rośnie. Po wyjściu na zewnątrz krajobraz widzę także odpowiedni - spalone ściernisko zamiast trawników (z całym szacunkiem dla służb miejskich ale debilizmem jest koszenie trawy prawie do gołej ziemi w sezonie największych upałów), żar z rozgrzanego Warszawy brzucha bucha o dowolnej porze dnia i nocy, dziewczyny w spodenkach ledwo zakrywających pośladki powodują liczne wypadki samochodowe, biznesłomenki toną w rozpływającym się asfalcie... I tylko zachody słońca spektakularne i kiczowate rekompensują wszelakie niedogodności (no może oprócz wieczornych nalotów komarów). Lato w mieście. No ale lepsze to niż zima gdziekolwiek ;)
A tu dzisiaj, zupełnie niespodziewanie, ciśnienie przygięło mnie do blatu biurka (dosłownie) - nie spodziewałam się jednak deszczu, myślałam, że to wszystko wina wczorajszego maratońskiego dnia... I nastała ciemność, powietrze zmieniło gęstość, wszystko na zewnątrz ucichło - dzieciarnia schowała się w śmietniku, robotnicy mają fajrant, nawet przebrzydłe sroki nie skrzeczą. Na ulicy rowerzysta w żółtym płaszczu mozolnie jedzie pod wiatr i deszcz a ja mogę się ucieszyć, że to nie ja. Trawa mruczy za oknem z zadowoleniem jak kot co dostał świeżej wątróbki... Powietrze pachnie radosną ulgą i ozonem. Wszystko odzyskuje dawno zapomniane barwy, nawet zakurzone samochody i moja trawa samosiejka na balkonie (taka normalna, żeby nie było ;). I tylko ekipy "myjące" ulice jakoś się tym nie przejmują i pomagają burzy czyścic krawędzie ulic. Pewnie później ruszą do koszenia ;)
Kocham taki deszcz! Szczególnie jak jestem w domu i mogę sączyć kawę wsłuchując się w dźwięki burzy i moją ulubioną deszczową piosenkę:
sobota, 3 lipca 2010
Magda: jałówka
To zadziwiające, jak człowiek kompletnie może nie mieć przemyśleń kiedy jest zajęty do tego stopnia, że wyprawy do toalety musi sobie wpisywać w grafik dnia ;)
Umysł zajęty wymyślaniem miejsc i scenariuszy pod plenery czy dokonujący trudnej selekcji zdjęć z dnia ślubu (to chyba najtrudniejsza część mojej pracy - zaczynam się cieszyć jak zrobię kiepskie zdjęcia, oszczędza mi to czasu nad zastanawianiem się czy je odrzucić czy nie ;)) nie ma czasu na układanie sobie na odpowiednich półeczkach wrażeń dnia codziennego... Jestem wyjałowiona z myśli o czymkolwiek innym i staję się monotematyczną nudziarą... Na szczęście stan ten jest przejściowy - po sezonie znowu zacznę myśleć. Mam nadzieję, że tego się nie zapomina...
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)