...dodać, że pijemy. Dużo wody. Tak, wody.
Nie brakuje tu polskiej czcionki ;)
Zalecana ilość to od 1,5 do 3 litrów dziennie.
Czystej. Wody ;)
piątek, 30 kwietnia 2010
Mari: to niesprawiedliwe!
... że białe wino ma w ogóle jakiekolwiek kalorie.
Czy ból głowy po spożyciu nadmiaru tegoż nie jest już wystarczającą karą dla spożywającego?
I czy licznik kalorii nie może choć na czas uwinniania się przejść
w stan czuwania? Czuwać musi, wiadomo, ale żeby tak bez przerwy???
Ale ja nie o tym chciałam. Z różnych stron padają pytania o to, dokąd poszłyśmy, co jemy, czego nie jemy i jak to jest, że co i rusz dorzucamy do wspólnego worka po kilkadziesiąt gram(ów) tłuszczu, który opuścił był nas (i tu postanowiłyśmy, że na zawsze :)
Nie jest to tajemnica. Nasz proceder jest jak najbardziej jawny,
a do tego jeszcze legalny :)
Chude panie, które tak dzielnie i z uśmiechami na twarzach ważą nas (każdą z nas z osobna) co tydzień, są konsultantkami w Naturhouse. Tam też poznałyśmy prosty sposób odżywiania, który sprzyja chudnięciu. Chleb (2 kromki pełnoziarnistego) jemy tylko na śniadanie. Z wędliną albo chudym twarożkiem. Do tego warzywa. Przed południem przekąska. Może być owoc, lub sok świeżo wyciskany, bez dodatku cukru. Na obiad mięso, lub ryba i do tego warzywa. Surowe lub gotowane, w ilości nieograniczonej. Mięso i ryby można gotować, piec, grillować, a nawet smażyć na niewielkiej ilości oliwy z oliwek. Sól ograniczamy do minimum, cukier eliminujemy, pozostałe przyprawy - według uznania, smaku i gustu. Po południu kolejna przekąska - owoc lub sok i do tego kefir albo jogurt naturalny z dwiema łyżkami błonnika (błonnik można zakupić w Naturhouse). Na kolację warzywa z rybą, mięsem, lub jajkiem. I właściwie to wszystko. Konsultacje w Naturhouse są bezpłatne. Płaci się za błonnik i fiolki z wyciągami z warzyw, owoców i ziół. Jedna fiolka rano - przed śniadaniem i jedna wieczorem - przed kolacją.
Tygodniowy koszt (jak wszystkie szczegóły, to wszystkie)
fiolek i błonnika to ok. 120 zł.
30 kg zrzuconych za kilka miesięcy przez każdą z nas - bezcenne. Za wszystko inne zapłaci MasterCard ;)
Reasumując: Bez słodyczy i innych witamin z grupy węglowodanów da się żyć ;)
Jemy zdrowo i kolorowo. A co najważniejsze - chudniemy jedząc,
a nie głodząc się.
Dziękujemy wszystkim dobrym Duszom, które posyłają nam duuuże dawki dobrej energii i trzymają za nas kciuki :)
Czy ból głowy po spożyciu nadmiaru tegoż nie jest już wystarczającą karą dla spożywającego?
I czy licznik kalorii nie może choć na czas uwinniania się przejść
w stan czuwania? Czuwać musi, wiadomo, ale żeby tak bez przerwy???
Ale ja nie o tym chciałam. Z różnych stron padają pytania o to, dokąd poszłyśmy, co jemy, czego nie jemy i jak to jest, że co i rusz dorzucamy do wspólnego worka po kilkadziesiąt gram(ów) tłuszczu, który opuścił był nas (i tu postanowiłyśmy, że na zawsze :)
Nie jest to tajemnica. Nasz proceder jest jak najbardziej jawny,
a do tego jeszcze legalny :)
Chude panie, które tak dzielnie i z uśmiechami na twarzach ważą nas (każdą z nas z osobna) co tydzień, są konsultantkami w Naturhouse. Tam też poznałyśmy prosty sposób odżywiania, który sprzyja chudnięciu. Chleb (2 kromki pełnoziarnistego) jemy tylko na śniadanie. Z wędliną albo chudym twarożkiem. Do tego warzywa. Przed południem przekąska. Może być owoc, lub sok świeżo wyciskany, bez dodatku cukru. Na obiad mięso, lub ryba i do tego warzywa. Surowe lub gotowane, w ilości nieograniczonej. Mięso i ryby można gotować, piec, grillować, a nawet smażyć na niewielkiej ilości oliwy z oliwek. Sól ograniczamy do minimum, cukier eliminujemy, pozostałe przyprawy - według uznania, smaku i gustu. Po południu kolejna przekąska - owoc lub sok i do tego kefir albo jogurt naturalny z dwiema łyżkami błonnika (błonnik można zakupić w Naturhouse). Na kolację warzywa z rybą, mięsem, lub jajkiem. I właściwie to wszystko. Konsultacje w Naturhouse są bezpłatne. Płaci się za błonnik i fiolki z wyciągami z warzyw, owoców i ziół. Jedna fiolka rano - przed śniadaniem i jedna wieczorem - przed kolacją.
Tygodniowy koszt (jak wszystkie szczegóły, to wszystkie)
fiolek i błonnika to ok. 120 zł.
30 kg zrzuconych za kilka miesięcy przez każdą z nas - bezcenne. Za wszystko inne zapłaci MasterCard ;)
Reasumując: Bez słodyczy i innych witamin z grupy węglowodanów da się żyć ;)
Jemy zdrowo i kolorowo. A co najważniejsze - chudniemy jedząc,
a nie głodząc się.
Dziękujemy wszystkim dobrym Duszom, które posyłają nam duuuże dawki dobrej energii i trzymają za nas kciuki :)
czwartek, 29 kwietnia 2010
Mari: niby nie zawody...
...a jednak spektakularny sukces, jaki osiągnęła wczoraj podczas ważenia Madziare, spowodował coś niezwykłego. Otóż kostka gorzkiej czekolady szczerzyła się dziś do mnie niesamowicie. Robiła oczy kota ze Shreka, łasząc się i pchając wręcz do moich ust, a ja pozostałam nieugięta. Siedzę sobie teraz przy kompie, popijam ciepłą wodę z cytryną i myślę o tym, jak to dobrze, że początek jest już za nami. Nie ma żadnego "od jutra". Od ponad dwóch tygodni jesteśmy w procesie. Waga spada, a my czujemy się świetnie! Magia. I w dodatku działa! :)
środa, 28 kwietnia 2010
Magda: Pierwsze koty...
Jakżeż ulotne acz wspaniałe są chwile kiedy człowiek czuje satysfakcję z samego siebie - trzeba więc je hołubić i celebrować, bo nigdy nie wiadomo kiedy takie uczucie człowieka dopadnie i pacnie z liścia prosto między oczy...
Tak więc przyznaję - jestem z siebie zadowolona! Dopiero minęły dwa tygodnie a za mną pozostały 3 kilogramy i 9 cm w obwodzie (w sumie, w rożnych miejscach oczywiście :) ) Przyznaję szczerze, że po pierwszym tygodniu miałam poczucie "I can't get no satisfaction" jak śpiewa wielkousty (tym bardziej że wynik Mari był dwa razy lepszy niż mój i mimo, że to nie wyścigi to niesmak pozostał) ale teraz przeszło mi kompletnie, tym bardziej, że wyniki już są odczuwalne w postaci opadających spodni. Gdyby jeszcze osławieni robotnicy za oknem przestali używać młotów pneumatycznych przez większość doby, byłoby cudownie.
W nagrodę napiłam się swojej ulubionej kawy (nomen omen - Orca, ale już niedługo delfin ;) ) i miałam sen z Danielem Craigiem w roli głównej - nadal się zastanawiam, czy to efekt mojej pracy, spożywania dużej ilości papryki i ogórków czy odstawienia wina... Tak czy siak - nastrój i samopoczucie: 7 ("a przy Pani nawet 9").
a za następne 3 kilogramy pewnie dostanę od swojej podświadomości Gerarda Butlera ;))
Tak więc przyznaję - jestem z siebie zadowolona! Dopiero minęły dwa tygodnie a za mną pozostały 3 kilogramy i 9 cm w obwodzie (w sumie, w rożnych miejscach oczywiście :) ) Przyznaję szczerze, że po pierwszym tygodniu miałam poczucie "I can't get no satisfaction" jak śpiewa wielkousty (tym bardziej że wynik Mari był dwa razy lepszy niż mój i mimo, że to nie wyścigi to niesmak pozostał) ale teraz przeszło mi kompletnie, tym bardziej, że wyniki już są odczuwalne w postaci opadających spodni. Gdyby jeszcze osławieni robotnicy za oknem przestali używać młotów pneumatycznych przez większość doby, byłoby cudownie.
W nagrodę napiłam się swojej ulubionej kawy (nomen omen - Orca, ale już niedługo delfin ;) ) i miałam sen z Danielem Craigiem w roli głównej - nadal się zastanawiam, czy to efekt mojej pracy, spożywania dużej ilości papryki i ogórków czy odstawienia wina... Tak czy siak - nastrój i samopoczucie: 7 ("a przy Pani nawet 9").
a za następne 3 kilogramy pewnie dostanę od swojej podświadomości Gerarda Butlera ;))
poniedziałek, 26 kwietnia 2010
Mari: intymnie...
Mój romans z Weiderem (i tu proszę mi wybaczyć moje specyficzne poczucie humoru) przypomina… stosunek przerywany. Nie był to jednorazowy numerek, ale stabilnym związkiem też tego nazwać nie mogę. W sobotę rozminęliśmy się niestety. Spotkaliśmy się ponownie wczoraj na podłodze. Każda szóstka to mój szczęśliwy numerek ;) Myślę o tym pozytywnie, bo inaczej nie znalazłabym motywacji, aby co wieczór sprowadzić się do parteru i stękając dość głośno, wybudzać moje mięśnie partii brzucha, tudzież innych ugrupowań całkowicie apolitycznych, z głębokiego, zimowego snu.
Z długoletniej śpiączki właściwie. Wierzę, że gdzieś są. Że zbudzą się wreszcie (mięśnie – znaczy się) i dadzą wsparcie moim biednym plecom, wymęczonym schylaniem się, podnoszeniem latorośli i – nie bójmy się faktów – ogólnym bezruchem. Wprawiam się zatem w ruch. Nie tylko pozytywnych myśli. Fizycznie również :)
Z długoletniej śpiączki właściwie. Wierzę, że gdzieś są. Że zbudzą się wreszcie (mięśnie – znaczy się) i dadzą wsparcie moim biednym plecom, wymęczonym schylaniem się, podnoszeniem latorośli i – nie bójmy się faktów – ogólnym bezruchem. Wprawiam się zatem w ruch. Nie tylko pozytywnych myśli. Fizycznie również :)
piątek, 23 kwietnia 2010
Magda: partyzantka
Wcześniej ludzie dziwnie na nas patrzyli głownie dlatego, że co jakiś czas miałyśmy tendencję do niekontrolowanych ataków śmiechu w miejscach publicznych i kompletnie do tego nieprzystosowanych. Teraz doszedł następny powód - wałówka...
Idzie sobie człowiek spokojnie do kulturalnej sieciowej pijalni kawy, żeby oddać się we władanie aromatów palonych ziaren (czasem przypalonego mleka) oraz świeżych babeczek, a tu widzi, że dwie panie słusznej wagi i niesłusznego wieku przy stoliku obok wyjmują pojemniki z jedzeniem oraz plastikowe widelczyki i zaczynają tę przemyconą kontrabandę chrupać z błogim uśmiechem satysfakcji na ustach. Wokół rozchodzi się zapach warzyw, oliwki z oliwek i samozadowolenia. Też bym patrzyła krzywo na takie pogwałcenie zasad...
Ale jako obserwowany warzywożerca nie czuję zupełnie skrępowania, chociaż wcześniej gdy sama walczyłam, czasami to dziwne i bezsensowne uczucie blokowało moje spożycie, przez co zaburzałam dietę co chwilę a wiadomo, że to raczej dobrze takowej nie służy. Teraz jest mi o wiele łatwiej - odchudzanie w tandemie daje siłę na walkę z systemem. I samym sobą.
Inny obrazek: zjeżdżam sobie do metra schodami ruchomymi (wiem, wiem, powinnam wybrać nieruchome), naprzeciwko wjeżdża dziewczę wagi słusznej z kefirem w ręku. Godzina 11:00 - czas na drugie śniadanie. Może to przypadek, ale myślę sobie wyjmując swój kefirek, że nie jestem w tym sama, inni też walczą. I jest mi lżej na duchu i motywacji (a może kiedyś i w tonażu). Wagowa partyzantka zawsze żywa!!! Moja (i nie tylko moja) wagolucja trwa! :)
Idzie sobie człowiek spokojnie do kulturalnej sieciowej pijalni kawy, żeby oddać się we władanie aromatów palonych ziaren (czasem przypalonego mleka) oraz świeżych babeczek, a tu widzi, że dwie panie słusznej wagi i niesłusznego wieku przy stoliku obok wyjmują pojemniki z jedzeniem oraz plastikowe widelczyki i zaczynają tę przemyconą kontrabandę chrupać z błogim uśmiechem satysfakcji na ustach. Wokół rozchodzi się zapach warzyw, oliwki z oliwek i samozadowolenia. Też bym patrzyła krzywo na takie pogwałcenie zasad...
Ale jako obserwowany warzywożerca nie czuję zupełnie skrępowania, chociaż wcześniej gdy sama walczyłam, czasami to dziwne i bezsensowne uczucie blokowało moje spożycie, przez co zaburzałam dietę co chwilę a wiadomo, że to raczej dobrze takowej nie służy. Teraz jest mi o wiele łatwiej - odchudzanie w tandemie daje siłę na walkę z systemem. I samym sobą.
Inny obrazek: zjeżdżam sobie do metra schodami ruchomymi (wiem, wiem, powinnam wybrać nieruchome), naprzeciwko wjeżdża dziewczę wagi słusznej z kefirem w ręku. Godzina 11:00 - czas na drugie śniadanie. Może to przypadek, ale myślę sobie wyjmując swój kefirek, że nie jestem w tym sama, inni też walczą. I jest mi lżej na duchu i motywacji (a może kiedyś i w tonażu). Wagowa partyzantka zawsze żywa!!! Moja (i nie tylko moja) wagolucja trwa! :)
wtorek, 20 kwietnia 2010
Mari: po tygodniu
Moja waga jest bardziej niezrównoważona, niż myślałam. Od wczoraj ufam jej jeszcze mniej i zdaję się całkowicie na to, co pokazuje waga u chudej pani od tłuszczu. Po tygodniu waga ta pokazała ubytek (hurrra!) wagi o 2,8 kg (yupi! :). Uczciwie przyznaję, że pierwsze ważenie odbyło się w dżinsach, a wczorajsze bez owych. Przyjmuję więc, że jestem lżejsza o 2,5 kg. Tak, wiem, że to głównie woda, ale wreszcie coś się ruszyło i ten trend spadkowy ma się utrzymywać. No bo co w końcu, kurczę blade... ;)
Madziare, miałaś rację. Weider to sadysta. Nie przewidział tylko tego, że jeśli trafi na masochistkę, to żadna szóstka, czy nawet siódemka, nie zniechęci jej do ćwiczeń ;) Zobaczysz, za kilka dni będziemy robić tę szóstkę z palcem w nosie. Chociaż z tym palcem, to różnie może być, bo do niektórych ćwiczeń trzeba spleść ręce na karku ;)
Madziare, miałaś rację. Weider to sadysta. Nie przewidział tylko tego, że jeśli trafi na masochistkę, to żadna szóstka, czy nawet siódemka, nie zniechęci jej do ćwiczeń ;) Zobaczysz, za kilka dni będziemy robić tę szóstkę z palcem w nosie. Chociaż z tym palcem, to różnie może być, bo do niektórych ćwiczeń trzeba spleść ręce na karku ;)
Magda: niedoskonały kandydat
Kiedyś w czasach zamierzchłych i nieco nudnawych, na spotkaniu rekrutacyjnym przesłuchująca mnie wnikliwie osoba zaraz po tym jak kazała mi narysować dom (a nie chodziło o pracę w biurze projektowym), poprosiła mnie o wyznanie, jakim zwierzęciem bym była (gdybym był zwierzęciem). Mimo iż wiedziałam, że to wysoce podchwytliwe pytanie, szczerze wyznałam, że byłabym kotem. Nie spotkało się to z entuzjazmem rekrutera - pewnie woleliby mangustę albo mrówkę. Całe szczęście pracy w tej podchwytliwej instytucji nie dostałam, dzięki czemu min poznałam Mari oraz kilka innych przecudownych osób oraz miałam bezpośrednie podłączenie do porządnej kawiarki.
A oto graficzne wyjaśnienie, czemu byłabym kotem (wtajemniczeni odczytają tutaj także zakamuflowane wyznanie dotyczące szóstki... ;)
/źródło: www.triskal.fr/
Póki co, zgodnie z zasadą "jesteś tym co jesz" zamieniam się w to (dołożyłabym może jeszcze kurczaka i rybę, ale nie było obrazka na tę okazję) :
Pewnie taki kandydat także nie wzbudziłby entuzjazmu na rozmowie wstępnej, ale przynajmniej nie mam teraz chandry z powodu zjedzenia wszystkiego w lodówce włącznie z krasnoludkiem zapalającym w niej światło...
A oto graficzne wyjaśnienie, czemu byłabym kotem (wtajemniczeni odczytają tutaj także zakamuflowane wyznanie dotyczące szóstki... ;)
/źródło: www.triskal.fr/
Póki co, zgodnie z zasadą "jesteś tym co jesz" zamieniam się w to (dołożyłabym może jeszcze kurczaka i rybę, ale nie było obrazka na tę okazję) :
Pewnie taki kandydat także nie wzbudziłby entuzjazmu na rozmowie wstępnej, ale przynajmniej nie mam teraz chandry z powodu zjedzenia wszystkiego w lodówce włącznie z krasnoludkiem zapalającym w niej światło...
poniedziałek, 19 kwietnia 2010
Magda: pierwszy kryzys
Obyło się bez ofiar - nie był to bowiem kryzys woli (twardym trzeba być, nie miętkim!) ani wieku średniego. Nie wiem, czy to wynik diety, wirującego jak seks ciśnienia, wszędobylskiej chmury czy plam na słońcu, a może wszystkiego naraz i po trochu, ale gdyby ktoś pokusił się o wyrysowanie moich biorytmów na weekend, okazałoby się, że linie fizycznej i intelektualnej sprawności znalazły się głęboko pod poziomem zero... Tak zapewne czuje się człowiek, który zmienia się w zombie - totalny zanik mięśni i atrofia mózgu. Byłam w stanie jedynie szurać nogami i podziwiać ziejący pustką krajobraz mojego intelektualnego upadku.
Na szczęście życie nie pozwoliło mi porosnąć mchem - musiałam wyrywać się kilka razy z niebytu min. na penetrację opuszczonej fabryki (zakończoną porażką ale przynajmniej spacer fajny był) i sesję foto, dzięki czemu zdołałam zauważyć że wiosna się rozszalała w pełni - pąki i kwiecie na drzewach, szalejące ptactwo, migdalące się na ławkach parki w parku... Ale i tak zadziwiona jestem, że znalazłam siłę, żeby wrócić do domu i paść jak spróchniałe drzewo.
Plusem całej sytuacji było to, że nawet jeść mi się nie chciało - zero pokus, zachciewajek, kulinarnych marzeń oraz snów o jedzeniu. Są jednak straty po weekendzie (uwaga: wyznanie) - niemoc nie pozwoliła mi dokończyć przewidzianych na niedzielę ćwiczeń sadysty Weidera więc dzisiaj będę musiała ćwiczenia zacząć od nowa (dobrze, że nie dopadło mnie w środku czy pod koniec cyklu ćwiczeniowego).
Na szczęście życie nie pozwoliło mi porosnąć mchem - musiałam wyrywać się kilka razy z niebytu min. na penetrację opuszczonej fabryki (zakończoną porażką ale przynajmniej spacer fajny był) i sesję foto, dzięki czemu zdołałam zauważyć że wiosna się rozszalała w pełni - pąki i kwiecie na drzewach, szalejące ptactwo, migdalące się na ławkach parki w parku... Ale i tak zadziwiona jestem, że znalazłam siłę, żeby wrócić do domu i paść jak spróchniałe drzewo.
Plusem całej sytuacji było to, że nawet jeść mi się nie chciało - zero pokus, zachciewajek, kulinarnych marzeń oraz snów o jedzeniu. Są jednak straty po weekendzie (uwaga: wyznanie) - niemoc nie pozwoliła mi dokończyć przewidzianych na niedzielę ćwiczeń sadysty Weidera więc dzisiaj będę musiała ćwiczenia zacząć od nowa (dobrze, że nie dopadło mnie w środku czy pod koniec cyklu ćwiczeniowego).
niedziela, 18 kwietnia 2010
Mari: chwila prawdy...
Jutro rano spotkanie z chudą panią od tłuszczu.
Pierwsze ważenie po pierwszym tygodniu zdrowego stylu życia :)
Moja waga, która niedoważa, pokazuje półtora kilograma mniej. Ale przecież nie mogę jej ufać, bo jest niezrównoważona... ;)
A poza tym miałam nie ważyć się w domu (ani mi się waż! ;)
Jutro też i pojutrze całodzienny workshop. Organizatorzy zapewniają jedzenie, ale przygotowałam sobie własną wanienkę z warzywami na cały dzień. Właśnie - warzywa! Trzeba zakupić koniecznie. Nigdy wcześniej warzywa w naszym domu nie 'schodziły' tak szybko. I niestety nie chcą się same znosić ;)
Gdyby jutro nie udało mi się potwierdzić, bądź zdementować tego, że zgubiłam półtora kilograma, to potwierdzę (bądź zdementuję) to w innym terminie - w swoim czasie, albo nieco później*.
*Jak mawia Tata Dżuści ;)
Pierwsze ważenie po pierwszym tygodniu zdrowego stylu życia :)
Moja waga, która niedoważa, pokazuje półtora kilograma mniej. Ale przecież nie mogę jej ufać, bo jest niezrównoważona... ;)
A poza tym miałam nie ważyć się w domu (ani mi się waż! ;)
Jutro też i pojutrze całodzienny workshop. Organizatorzy zapewniają jedzenie, ale przygotowałam sobie własną wanienkę z warzywami na cały dzień. Właśnie - warzywa! Trzeba zakupić koniecznie. Nigdy wcześniej warzywa w naszym domu nie 'schodziły' tak szybko. I niestety nie chcą się same znosić ;)
Gdyby jutro nie udało mi się potwierdzić, bądź zdementować tego, że zgubiłam półtora kilograma, to potwierdzę (bądź zdementuję) to w innym terminie - w swoim czasie, albo nieco później*.
*Jak mawia Tata Dżuści ;)
Magda: dobre rady
Przypomniała mi się rada dla szczupłych inaczej, którą przeczytałam dawno temu a mianowicie: jeśli chcesz wyglądać szczupło, nie stawaj koło chudszych od siebie...
Genialne w swej prostocie :)
Udało mi się też dzisiaj usłyszeć kontynuację: irokez wyszczupla twarz...
Zna ktoś jakieś równie proste rady na zachowanie pozorów posiadania sylwetki? :)
Genialne w swej prostocie :)
Udało mi się też dzisiaj usłyszeć kontynuację: irokez wyszczupla twarz...
Zna ktoś jakieś równie proste rady na zachowanie pozorów posiadania sylwetki? :)
Mari: To nie dieta. To zdrowy styl życia :)
I tej wersji będziemy bronić, jak niepodległości :)
Wreszcie nadszedł weekend, który u mnie zazwyczaj był weak end'em, a nie normalnym końcem tygodnia. Słaby koniec oznaczał głównie to, że przez cały tydzień dzielnie się trzymałam, jadłam zdrowo, nie podjadałam słodyczy i najwyraźniej brakowało mi jakichś mikroelementów lub innych kalorycznych witamin, bo w weekend nadrabiałam te niedobory i to z nawiązką, przysięgając sobie, że od jutra... itd.
Brzmi znajomo? No wiem... Wiem i rozumiem ;)
Wczoraj, a właściwie przedwczoraj (bo przecież jest już dzisiaj), moi synowie oświadczyli, że w sobotę to oni zjedzą na obiad pizzę, a w niedzielę rosół, który i tak planowałam ugotować. Spędziłam przedpołudnie w oparach gotującego się rosołu (nazywanego przez niektórych zupą z kur wielu ;), a później dojechała pizza. Margherita z podwójnym serem. Zwykle załapywałam się na jeden lub dwa kawałki. Ale nie dziś (to znaczy wczoraj ;).
Czasy się zmieniają Style życia również. Zamieniłam pizzę i inne 'lekkie' przekąski, na sałatki ze świeżych warzyw. Do tego chude mięso, albo ryba, ale bez tak zwanych dodatków skrobiowych.
Koleżanka w pracy, patrząc na mój talerz pełen kolorowych, zdrowych różności, stwierdziła:
- wygląda świetnie, to pewnie musi być i smaczne?
- ano musi, musi... - westchnęłam, w duszy kontemplując
zdrowy styl życia... ;)
Wreszcie nadszedł weekend, który u mnie zazwyczaj był weak end'em, a nie normalnym końcem tygodnia. Słaby koniec oznaczał głównie to, że przez cały tydzień dzielnie się trzymałam, jadłam zdrowo, nie podjadałam słodyczy i najwyraźniej brakowało mi jakichś mikroelementów lub innych kalorycznych witamin, bo w weekend nadrabiałam te niedobory i to z nawiązką, przysięgając sobie, że od jutra... itd.
Brzmi znajomo? No wiem... Wiem i rozumiem ;)
Wczoraj, a właściwie przedwczoraj (bo przecież jest już dzisiaj), moi synowie oświadczyli, że w sobotę to oni zjedzą na obiad pizzę, a w niedzielę rosół, który i tak planowałam ugotować. Spędziłam przedpołudnie w oparach gotującego się rosołu (nazywanego przez niektórych zupą z kur wielu ;), a później dojechała pizza. Margherita z podwójnym serem. Zwykle załapywałam się na jeden lub dwa kawałki. Ale nie dziś (to znaczy wczoraj ;).
Czasy się zmieniają Style życia również. Zamieniłam pizzę i inne 'lekkie' przekąski, na sałatki ze świeżych warzyw. Do tego chude mięso, albo ryba, ale bez tak zwanych dodatków skrobiowych.
Koleżanka w pracy, patrząc na mój talerz pełen kolorowych, zdrowych różności, stwierdziła:
- wygląda świetnie, to pewnie musi być i smaczne?
- ano musi, musi... - westchnęłam, w duszy kontemplując
zdrowy styl życia... ;)
sobota, 17 kwietnia 2010
Magda: reset
Mózg mi się zawiesił...
Ciekawe czy z powodu niedoboru kawy czy szybkiego odwadniania...
Próbuję w słowa ubrać myśli ale nie mogę bo... ERROR 440...
Ciekawe czy z powodu niedoboru kawy czy szybkiego odwadniania...
Próbuję w słowa ubrać myśli ale nie mogę bo... ERROR 440...
piątek, 16 kwietnia 2010
Mari: dwadzieścia 9 i pół tygodnia...
…brzmi zdecydowanie krócej niż trzydzieści ;) No teraz, to już naprawdę jest z górki ;) Poczułam luz w dżinsach. Nie, nie, nic z tych rzeczy. ‘Rozbiegły’ się po prostu i czas uprać, żeby się ‘zbiegły’ z powrotem. Przyjdzie czas, kiedy będę je mogła zdjąć bez rozpinania. Może nawet kiedyś zmieszczę obie nogi w jednej nogawce ;) Rozmarzyłam się… ;)
Mari: olśnienia
Robiąc poranne zakupy na bazarku, przyglądałam się ludziom. Głównie kobietom. Chude, ‘normalne’, puszyste… Co kobieta, to inna historia. Patrząc na te puszyste z dziećmi, myślałam sobie: no tak, pewnie tak jak i mnie, zostało im po ciąży… I tu olśniła mnie pewna oczywistość. Nadprogramowe kilogramy nie są pozostałością po ciąży, ale po tym, co się pożarło, będąc w ciąży. Nie mam pojęcia, czemu czułam się odrobinę bardziej usprawiedliwiona, niż kobiety, które w ciąży nigdy nie przebywały… Te kobiety, które po porodzie szybko wracały do ‘ludzkich’ kształtów, uważałam za szczęściary. A przecież udowodniono (co usłyszałam w którymś z programów telewizyjnych), że genetyka to jedynie 7% wszystkich uwarunkowań, które sprawiają, że jesteśmy, jacy jesteśmy. Pozostaje zatem 93% rzeczy, na które mam wpływ. Alleluja! Poczułam się, jakbym właśnie doszła do władzy ;) Mogę zaakceptować to, czego zmienić się nie da i MOGĘ zmienić to, z czym trudno mi żyć. I proszę mi tu (ani też nigdzie indziej) nie wmawiać, że naprawdę są tacy, którzy tyją od listka sałaty. Mając 93% mocy, poczułam dziś energię tak ogromną, że mogłabym zasilić niejedną elektrownię. A ponieważ żadna elektrownia od rana nie zgłosiła się do mnie w tej sprawie, to niech energia ta pozostanie tu, ze mną, z Madziare i każdą kobietą, która być może to czyta, zastanawiając się, co można zrobić, żeby było jej mniej… Kobiecy krąg wsparcia (nie mylić z kobiecymi krągłościami ;) ma niewyobrażalną moc. I tyle tylko chciałam powiedzieć – póki co ;)
Posyłam dużo dobrej energii wszystkim. A w tak zwanym między czasie, my tu sobie będziemy z Madziare na blogu ‘pościć’, poszcząc jednocześnie :)
Posyłam dużo dobrej energii wszystkim. A w tak zwanym między czasie, my tu sobie będziemy z Madziare na blogu ‘pościć’, poszcząc jednocześnie :)
Magda: dieta a sprawa polska
Nie wiem, czy tylko ja tak mam ponieważ jestem upośledzona kulinarnie, czy jest to tendencja ogólna, ale za każdym razem, kiedy zaczynam się odchudzać, kupuję o wiele więcej produktów spożywczych niż wtedy kiedy wcielam się w jamochłona... Jeszcze w zeszłym tygodniu wizyta w sklepie kończyła się zakupem wody, wina (bo pomimo ćwiczenia siły woli sztuka zamiany jednego w drugie póki co pozostaje dla mnie nieosiągalna), jakichś bliżej niezidentyfikowanych różowych i żółtych ochłapów sero- i mięsopodobnych (w dzisiejszych czasach nie tylko telewizja kłamie - przyglądam się szynce i jakoś jej nie ufam, to już wolę konserwę - ta przynajmniej nie udaje tego na co nie wygląda) oraz szeroko (czasem bardzo) definiowanego "czegoś na obiad". No ale ja nie o tym chciałam...
To dopiero drugi dzień a ja już dźwigam siaty pełne owoców, warzyw, surowego mięcha, jogurtów, serków, zgrzewek wody... No ale może tak ma być - zmiana sposobu żywienia oraz ćwiczenia fizyczne w jednym (a niby to wszystko takie "light" jest). Dodatkowy bonus: wydam wszystko na odchudzanie, nie będzie na podżeranie (sam człowiek nie czuje jak mu się rymuje ;)).
Nie od dzisiaj wiadomo, ze odchudzanie jest kosztowne. W jednej z najlepszych polskich komedii (dla niezorientowanych "Miś" Barei) znajdziemy taką scenę:
-115, a powinno być 119.
-Schudłem cztery kilo.
-Schudliście. Słowem przywozicie do kraju o 4 kilogramy obywatela mniej. A gdyby tak każdy wracał do kraju ze stratą paru kilo? Byłoby nas mniej coraz - Polaków!
-To co ja mam zrobić?
-60 za każdy kilogram. A wykształcenie jakieś macie?
-Wyższe.
-A przepraszam, to po 75.
[najazd kamery na tabliczkę: Każdy kilogram obywatela z wyższym wykształceniem szczególnym dobrem narodu]
Wychodzi na to, że odchudzając się wykazujemy się kompletnym brakiem patriotyzmu... Może jeśli wypiję polski jogurt naturalny, zagryzę polskim jabłkiem i popiję polską wodą, jakoś zmażę swoje przewiny...
To dopiero drugi dzień a ja już dźwigam siaty pełne owoców, warzyw, surowego mięcha, jogurtów, serków, zgrzewek wody... No ale może tak ma być - zmiana sposobu żywienia oraz ćwiczenia fizyczne w jednym (a niby to wszystko takie "light" jest). Dodatkowy bonus: wydam wszystko na odchudzanie, nie będzie na podżeranie (sam człowiek nie czuje jak mu się rymuje ;)).
Nie od dzisiaj wiadomo, ze odchudzanie jest kosztowne. W jednej z najlepszych polskich komedii (dla niezorientowanych "Miś" Barei) znajdziemy taką scenę:
-115, a powinno być 119.
-Schudłem cztery kilo.
-Schudliście. Słowem przywozicie do kraju o 4 kilogramy obywatela mniej. A gdyby tak każdy wracał do kraju ze stratą paru kilo? Byłoby nas mniej coraz - Polaków!
-To co ja mam zrobić?
-60 za każdy kilogram. A wykształcenie jakieś macie?
-Wyższe.
-A przepraszam, to po 75.
[najazd kamery na tabliczkę: Każdy kilogram obywatela z wyższym wykształceniem szczególnym dobrem narodu]
Wychodzi na to, że odchudzając się wykazujemy się kompletnym brakiem patriotyzmu... Może jeśli wypiję polski jogurt naturalny, zagryzę polskim jabłkiem i popiję polską wodą, jakoś zmażę swoje przewiny...
czwartek, 15 kwietnia 2010
Magda: kibice
Równocześnie z dietą miałam zacząć też ćwiczenia na brzuch jako, że jest to ta część ciała która anonsuje moje przybycie na długo przed tym zanim ja się pojawię...
Nie lubię fitnessu, nie urodziłam się do pląsów przed lustrem w domu, nie lubię dyszeć jak lokomotywa, stawiam na prostotę. Tak więc postanowiłam uskutecznić aerobiczną 6 Weidera - robiłam to już wcześniej ale przerwałam z jakiegoś dawno zapomnianego powodu.
Przypomniałam sobie instrukcje, rozłożyłam starannie kocyk i zaczęłam ćwiczyć. Dziarskie stękanie przerwały mi odgłosy zza okna "Dawaj, dawaj!" oraz "Jeszcze jeden, jeszcze jeden!". Robotnicy ocieplający elewację bloku obok zaangażowali się w mój proces odchudzania... Nawet w zaciszu własnego lokalu mieszkalnego człowiek nie może mieć chwili prywatności. W panice myślę o tym, czy ostatnio zdarzało mi się chodzić po mieszkaniu w dezabilu. Jutro muszę pamiętać o roletach - nie chcę stać się mimowolnym powodem upadku z wysokości...
ps - kimkolwiek był Weider, to był także sadystą...
Nie lubię fitnessu, nie urodziłam się do pląsów przed lustrem w domu, nie lubię dyszeć jak lokomotywa, stawiam na prostotę. Tak więc postanowiłam uskutecznić aerobiczną 6 Weidera - robiłam to już wcześniej ale przerwałam z jakiegoś dawno zapomnianego powodu.
Przypomniałam sobie instrukcje, rozłożyłam starannie kocyk i zaczęłam ćwiczyć. Dziarskie stękanie przerwały mi odgłosy zza okna "Dawaj, dawaj!" oraz "Jeszcze jeden, jeszcze jeden!". Robotnicy ocieplający elewację bloku obok zaangażowali się w mój proces odchudzania... Nawet w zaciszu własnego lokalu mieszkalnego człowiek nie może mieć chwili prywatności. W panice myślę o tym, czy ostatnio zdarzało mi się chodzić po mieszkaniu w dezabilu. Jutro muszę pamiętać o roletach - nie chcę stać się mimowolnym powodem upadku z wysokości...
ps - kimkolwiek był Weider, to był także sadystą...
Mari: dzień czwarty
Pierwsze trzy dni zleciały tak szybko, że nawet nie zdążyłam niczego zanotować. Do końca naszego projektu jeszcze 'tylko'... tu powinnam użyć uniwersalnego liczebnika nieokreślonego...
No w każdym razie sporo. Chociaż czym jest pół roku w porównaniu z wiecznością? ;)
Czy my tu piszemy, co jemy? Jak na spowiedzi? I ile? I ile ważymy???
O nie, co to, to nie :) Powiem tylko, że kiedy moja chuda pani w punkcie wytapiania tłuszczu mnie zważyła, to powiedziała, że nie wyglądam na tyle, na ile ważę. Oczywiście, że nie wyglądam. Ale też niestety nie ważę tyle, na ile wyglądam. Enigmatycznie powiem, że moja waga to liczba składająca się - uwaga - z dwóch cyfr ;P
Więcej na ten temat może w październiku... ;)
Jeden z moich koszmarów sennych jest taki: wchodzimy z Madziare do windy, a tam, na tablicy informacyjnej obok przycisków, komunikat następującej treści:
'13 osób lub 1000 kg, lub... Mari & Madziare...' :D
No w każdym razie sporo. Chociaż czym jest pół roku w porównaniu z wiecznością? ;)
Czy my tu piszemy, co jemy? Jak na spowiedzi? I ile? I ile ważymy???
O nie, co to, to nie :) Powiem tylko, że kiedy moja chuda pani w punkcie wytapiania tłuszczu mnie zważyła, to powiedziała, że nie wyglądam na tyle, na ile ważę. Oczywiście, że nie wyglądam. Ale też niestety nie ważę tyle, na ile wyglądam. Enigmatycznie powiem, że moja waga to liczba składająca się - uwaga - z dwóch cyfr ;P
Więcej na ten temat może w październiku... ;)
Jeden z moich koszmarów sennych jest taki: wchodzimy z Madziare do windy, a tam, na tablicy informacyjnej obok przycisków, komunikat następującej treści:
'13 osób lub 1000 kg, lub... Mari & Madziare...' :D
Magda: Krok pierwszy
Dzisiaj (no już właściwie wczoraj) dałam się zważyć i zmierzyć obcej i w dodatku szczupłej osobie... Moja waga domowa niedoważa 1,5 kilograma... Mogło być gorzej - mogła nadważać i wprawiać mnie w depresję maniakalną a tu się okazało, że mam wagę-optymistkę. Miejmy nadzieję, że nie okaże się stoikiem ;)
Traumy związanej z działalnością mierniczą nie umniejszyły starania szczupłej osoby żeby mi wmówić, że wyglądam na 25 lat. No cóż, nie na darmo kobiety na całym świecie wstrzykują sobie tłuszcz pod skórę, żeby pozbyć się zmarszczek... Czy za 30 tygodni (szacowany czas utraty 1/3 siebie) będę pomarszczona jak śliwka? A może zamiast się odchudzać powinnam zacząć zarabiać prawdziwie 'grubą' kasę sprzedając swoje tłuszcze do kliniki medycyny estetycznej? Dowiedziałam się także ile kilogramów nadprogramowego tłuszczu posiadam - prawdziwa chodząca skarbonka! Jestem także dobrze przygotowana do dłuższego pobytu na pustyni - wody ci we mnie dostatek... Zawsze wiedziałam, że dla mnie ciepłe kraje...
Dostałam listę tego co jeść można i tego co nie można. Nie jest źle - mogło się okazać, że jeść mogę jedynie sałatę z pietruszką i zagryzać sucharem, a żadnej z tych rzeczy nie lubię... Na czarnej liście znalazły się drinki z parasolką - ugryzłam się w język zanim zdążyłam zapytać, czy jeśli wyjmę parasolkę, to będę mogła wypić tego drinka ;)
Mam wrażenie, że wytyczne żywieniowe i suplementy diety sprawią, że jedzenie będzie się odbywało w trybie ciągłym. Skoro jesteśmy tym co jemy, wkrótce zamienię się w fileta z kurczaka w pomidorach. No ale lepsze to od bycia pasztetem :))
Jutro, a właściwie dzisiaj, dzień pierwszy odważania. Jeszcze tylko 30 tygodni :)
ps - Mari, ja Ciebie też :))
Traumy związanej z działalnością mierniczą nie umniejszyły starania szczupłej osoby żeby mi wmówić, że wyglądam na 25 lat. No cóż, nie na darmo kobiety na całym świecie wstrzykują sobie tłuszcz pod skórę, żeby pozbyć się zmarszczek... Czy za 30 tygodni (szacowany czas utraty 1/3 siebie) będę pomarszczona jak śliwka? A może zamiast się odchudzać powinnam zacząć zarabiać prawdziwie 'grubą' kasę sprzedając swoje tłuszcze do kliniki medycyny estetycznej? Dowiedziałam się także ile kilogramów nadprogramowego tłuszczu posiadam - prawdziwa chodząca skarbonka! Jestem także dobrze przygotowana do dłuższego pobytu na pustyni - wody ci we mnie dostatek... Zawsze wiedziałam, że dla mnie ciepłe kraje...
Dostałam listę tego co jeść można i tego co nie można. Nie jest źle - mogło się okazać, że jeść mogę jedynie sałatę z pietruszką i zagryzać sucharem, a żadnej z tych rzeczy nie lubię... Na czarnej liście znalazły się drinki z parasolką - ugryzłam się w język zanim zdążyłam zapytać, czy jeśli wyjmę parasolkę, to będę mogła wypić tego drinka ;)
Mam wrażenie, że wytyczne żywieniowe i suplementy diety sprawią, że jedzenie będzie się odbywało w trybie ciągłym. Skoro jesteśmy tym co jemy, wkrótce zamienię się w fileta z kurczaka w pomidorach. No ale lepsze to od bycia pasztetem :))
Jutro, a właściwie dzisiaj, dzień pierwszy odważania. Jeszcze tylko 30 tygodni :)
ps - Mari, ja Ciebie też :))
środa, 14 kwietnia 2010
Mari: Aaaaaa... Mamy bloga! O la bloga ;)
Madziare!!! :)
Wiesz, że Cię uwielbiam? Wiem, że wiesz :)
Mój pierwszy blog pisałam już w podstawówce, później w liceum. Niestety nie miałam wtedy komputera, więc wszystko zostało w brulionach. Dobrze, że technika poszła do przodu, że umiemy coraz więcej i że Madziare wie, jak założyć bloga :)
Ale ja nie o tym... Chciałam o tym, o czym napisała Madziare. Na tej stronie. Dokładnie po lewej stronie tej strony. To miłe, że kosmonauci machają do nas od czasu do czasu, ale nie chcemy już dłużej być drugim - po murze chińskim - obiektem widocznym z kosmosu. Nie, nie, nie i jeszcze raz NIE. I dlatego tu jesteśmy. Madziare i ja - Mari (ups... nie przedstawiłam się? ;)
Bo razem łatwiej. Będziemy się wspierać. Na dobre i na złe :)
Wiesz, że Cię uwielbiam? Wiem, że wiesz :)
Mój pierwszy blog pisałam już w podstawówce, później w liceum. Niestety nie miałam wtedy komputera, więc wszystko zostało w brulionach. Dobrze, że technika poszła do przodu, że umiemy coraz więcej i że Madziare wie, jak założyć bloga :)
Ale ja nie o tym... Chciałam o tym, o czym napisała Madziare. Na tej stronie. Dokładnie po lewej stronie tej strony. To miłe, że kosmonauci machają do nas od czasu do czasu, ale nie chcemy już dłużej być drugim - po murze chińskim - obiektem widocznym z kosmosu. Nie, nie, nie i jeszcze raz NIE. I dlatego tu jesteśmy. Madziare i ja - Mari (ups... nie przedstawiłam się? ;)
Bo razem łatwiej. Będziemy się wspierać. Na dobre i na złe :)
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)