poniedziałek, 26 kwietnia 2010

Mari: intymnie...

Mój romans z Weiderem (i tu proszę mi wybaczyć moje specyficzne poczucie humoru) przypomina… stosunek przerywany. Nie był to jednorazowy numerek, ale stabilnym związkiem też tego nazwać nie mogę. W sobotę rozminęliśmy się niestety. Spotkaliśmy się ponownie wczoraj na podłodze. Każda szóstka to mój szczęśliwy numerek ;) Myślę o tym pozytywnie, bo inaczej nie znalazłabym motywacji, aby co wieczór sprowadzić się do parteru i stękając dość głośno, wybudzać moje mięśnie partii brzucha, tudzież innych ugrupowań całkowicie apolitycznych, z głębokiego, zimowego snu.
Z długoletniej śpiączki właściwie. Wierzę, że gdzieś są. Że zbudzą się wreszcie (mięśnie – znaczy się) i dadzą wsparcie moim biednym plecom, wymęczonym schylaniem się, podnoszeniem latorośli i – nie bójmy się faktów – ogólnym bezruchem. Wprawiam się zatem w ruch. Nie tylko pozytywnych myśli. Fizycznie również :)

2 komentarze:

  1. Analiza zawartości Magdy na pierwszej wizycie wykazała min "brak masy mięśniowej" - czy kurczak bez kości jest w stanie ćwiczyć? ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Mam tyle samo 'masy mięśniowej', co Ty. Nie ma jej, bo aktualnie przebywa w śpiączce. Spokojnie, zostawmy to Weiderowi... ;)

    OdpowiedzUsuń