wtorek, 30 listopada 2010

Magda: Dzyń, dzyń, dzyń...

Szczerze powiedziawszy, do tej pory niezbyt lubiłam zimę - wieczne korki w drodze do pracy, czerwone nosy, szczypiące gałki oczne, niebezpieczeństwo dosłownie przy każdym kroku czyhające na biegnących do autobusu, przepocone kurtki współpasażerów, świąteczna szopka już od początku listopada, buty w których moje stopy wyglądają jak kozie kopytka...

W tym roku jest trochę inaczej - wraz z nadejściem pierwszego śniegu uczucie, jakby jakieś ważne obwody miały zwarcie w moim mózgu minęło, śnieg przykrył wydeptane trawniki oraz psie kupy, mogę w końcu bez kompleksów założyć czapę, w której wyglądam jak zaginiona bliźniaczka Jelcyna no i jest pretekst, żeby przypomnieć sobie w którym momencie przestać podgrzewać grzańca żeby jeszcze nadal był "winem" :)
I nic to, że na zimę zaczęłam magazynować każdą molekułę tłuszczu jaką mój organizm zdołał zassać w pożywieniu ale głównie z powietrza oczywiście. Cieszę się, że nie muszę wąchać ludzi w autobusach i nie muszę żyć jak kret bo zimowe światło słoneczne jest dla mnie dostępne także w godzinach "biurowych". Zima wyzwoliła mnie także od powracającej od czasu do czasu myśli, że potrzebny mi samochód - gdyby był, musiałabym go teraz skrobać, pchać, podkuwać i chuchać od środka...

Zima jest piękna - oglądana przez okna dobrze ogrzanego mieszkania! :))

sobota, 13 listopada 2010

Mari: senność...

...ostatnio głównie to odczuwam. Senność. Taką nie do opanowania. W objęcia Morfeusza uciekam często i przy każdej nadarzającej się okazji. Pozostając w tym nurcie tematycznym, obejrzałam niedawno (miało być wczoraj, ale że post ten zaczęłam pisać jakieś 10 dni temu, a później poddałam się senności właśnie, to z 'wczoraj' zrobiło się 'niedawno'...) film Magdaleny Piekorz "Senność". Rzecz utrzymana w nastroju listopadowym. Tyle samo prawdziwa, co przygnębiająca. Będę potrzebowała remedium. Czyli przynajmniej kilku odcinków "Friendsów" - na odreagowanie smutków różnych. A gdyby i to nie pomogło, może Madziare podzieli się ze mną swoimi wampirami ;)

Wracając na moment do tematu odchudzania, który obecnie jest mi równie bliski jak najodleglejsza z galaktyk, jestem przekonana, że przestój w traceniu zgrzewek wody na wadze u Madziare jest chwilowy. I co z tego, że trwa kilka tygodni? Czym jest kilka tygodni w porównaniu z wiecznością? To chwila przecież ;) Ja za chwilę rodzę. No dobrze, za jakieś 10 tygodni, ale wiadomo przecież, że ten czas zleci nie wiadomo kiedy. I tu natrętnie wraca do mnie pewna refleksja. O tym, że nie jest dobrze zafiksować się na tym, co wydarzy się za tydzień, dwa, miesiąc, rok. Bo myśląc o tym, co będzie, ucieka nam to, co jest teraz. Ta chwila, w której właśnie żyjemy. To, co można zrobić, to żyć najlepiej w chwili obecnej. Dobrze przeżyte chwile obecne złożą się na to, co przyniesie przyszłość.

Filozofuję listopadowo. Cóż, widocznie taki czas. Siedzę po turecku na kanapie z brzuchem tak dużym, że ledwie dosięgam do klawiszy laptopa. Dziewczyny kopią jak szalone. Najwyraźniej już teraz nie mogą doczekać się momentu, kiedy wydostaną się na nasz piękny świat. A może po prostu cieszą się chwilą obecną i tańczą swój taniec radości? Któż to odgadnie... ;)

piątek, 12 listopada 2010

Magda: o odchudzaniu słów kilka...

...w końcu z założenia miał to być blog o odchudzaniu właśnie, ale że niektórzy pomylili żywieniową prokrastynację z prokreacją ;) to temat jakoś zszedł był na plan dalszy. Może i dobrze, bo podobno maniakalne myślenie o odchudzaniu raczej przeszkadza niż pomaga i przytyć można z psychicznego przymusu pomimo rygorystycznego trzymania się diety. Potęga rozumu w czystej formie :)

Jak widać na magicznym pasku po lewej, wskaźnik na mojej wadze przestał się przesuwać w upragnionym przeze mnie kierunku. Stan ten trwa już od kilku tygodni - co dziwne (i totalnie demotywujące) nie ma znaczenia czy byłam grzeczna czy grzeszna (cały czas mówię o diecie ;)) Wprawia to nie tylko mnie ale i moją ulubioną panią dietetyk w stan permanentnego niezadowolenia - na kilku ostatnich spotkaniach rozważałyśmy nawet metodę szokową, czyli odrąbanie mi nogi, co zapewne odbiłoby się na mojej wadze. Zarzuciłyśmy jednak pomysł, jako że żadna z nas nie była w stanie się poświęcić aby obejrzeć film szkoleniowy z serii "Piła". Próbowałyśmy różnych sztuczek - przez ostatnie tygodnie poznałam 1001 potraw z kiwi i mango, nauczyłam się robić dietetyczne mielone (tu burza oklasków), z trudem udawało mi się spożywać coś co miało być grillowaną rybą (a było raczej spieczoną podeszwą) i nic. No dobra, kawa i wino nie sprzyjają odchudzaniu, ale co można robić jesienią? ;) Jedyną pociechą jest ubytek centymetrów w obwodach różnych, więc przynajmniej mogę znowu przygotować szafę  na nowych mieszkańców...

Tak, wiem - 16 kg to całkiem spory pies albo 3 zgrzewki wody średniogazowanej, ale do pełni szczęścia brakuje mi jeszcze pozbycia się 2 zgrzewek... Tak więc pani dietetyk podjęła ryzykowną decyzję, aby z fazy odchudzania przejść w fazę stabilizacji. Być może mój uparty organizm straci czujność, przestanie mi pokazywać środkowy palec i da się namówić później na jeszcze jeden skok w dół... Oby, bo jak nie, to czekam na najbliższą promocję na piły mechaniczne...

ps - widziałam ostatnio w necie majtasy ze specjalnymi silikonowymi wkładkami powiększającymi pośladki... coraz mniej rozumiem to, co się dzieje wokoło ;)