sobota, 13 listopada 2010

Mari: senność...

...ostatnio głównie to odczuwam. Senność. Taką nie do opanowania. W objęcia Morfeusza uciekam często i przy każdej nadarzającej się okazji. Pozostając w tym nurcie tematycznym, obejrzałam niedawno (miało być wczoraj, ale że post ten zaczęłam pisać jakieś 10 dni temu, a później poddałam się senności właśnie, to z 'wczoraj' zrobiło się 'niedawno'...) film Magdaleny Piekorz "Senność". Rzecz utrzymana w nastroju listopadowym. Tyle samo prawdziwa, co przygnębiająca. Będę potrzebowała remedium. Czyli przynajmniej kilku odcinków "Friendsów" - na odreagowanie smutków różnych. A gdyby i to nie pomogło, może Madziare podzieli się ze mną swoimi wampirami ;)

Wracając na moment do tematu odchudzania, który obecnie jest mi równie bliski jak najodleglejsza z galaktyk, jestem przekonana, że przestój w traceniu zgrzewek wody na wadze u Madziare jest chwilowy. I co z tego, że trwa kilka tygodni? Czym jest kilka tygodni w porównaniu z wiecznością? To chwila przecież ;) Ja za chwilę rodzę. No dobrze, za jakieś 10 tygodni, ale wiadomo przecież, że ten czas zleci nie wiadomo kiedy. I tu natrętnie wraca do mnie pewna refleksja. O tym, że nie jest dobrze zafiksować się na tym, co wydarzy się za tydzień, dwa, miesiąc, rok. Bo myśląc o tym, co będzie, ucieka nam to, co jest teraz. Ta chwila, w której właśnie żyjemy. To, co można zrobić, to żyć najlepiej w chwili obecnej. Dobrze przeżyte chwile obecne złożą się na to, co przyniesie przyszłość.

Filozofuję listopadowo. Cóż, widocznie taki czas. Siedzę po turecku na kanapie z brzuchem tak dużym, że ledwie dosięgam do klawiszy laptopa. Dziewczyny kopią jak szalone. Najwyraźniej już teraz nie mogą doczekać się momentu, kiedy wydostaną się na nasz piękny świat. A może po prostu cieszą się chwilą obecną i tańczą swój taniec radości? Któż to odgadnie... ;)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz