Szczerze powiedziawszy, do tej pory niezbyt lubiłam zimę - wieczne korki w drodze do pracy, czerwone nosy, szczypiące gałki oczne, niebezpieczeństwo dosłownie przy każdym kroku czyhające na biegnących do autobusu, przepocone kurtki współpasażerów, świąteczna szopka już od początku listopada, buty w których moje stopy wyglądają jak kozie kopytka...
W tym roku jest trochę inaczej - wraz z nadejściem pierwszego śniegu uczucie, jakby jakieś ważne obwody miały zwarcie w moim mózgu minęło, śnieg przykrył wydeptane trawniki oraz psie kupy, mogę w końcu bez kompleksów założyć czapę, w której wyglądam jak zaginiona bliźniaczka Jelcyna no i jest pretekst, żeby przypomnieć sobie w którym momencie przestać podgrzewać grzańca żeby jeszcze nadal był "winem" :)
I nic to, że na zimę zaczęłam magazynować każdą molekułę tłuszczu jaką mój organizm zdołał zassać w pożywieniu ale głównie z powietrza oczywiście. Cieszę się, że nie muszę wąchać ludzi w autobusach i nie muszę żyć jak kret bo zimowe światło słoneczne jest dla mnie dostępne także w godzinach "biurowych". Zima wyzwoliła mnie także od powracającej od czasu do czasu myśli, że potrzebny mi samochód - gdyby był, musiałabym go teraz skrobać, pchać, podkuwać i chuchać od środka...
Zima jest piękna - oglądana przez okna dobrze ogrzanego mieszkania! :))
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz