poniedziałek, 28 marca 2011

Mari: minus 20 kg. w osiem tygodni???

Tak, to możliwe. Już tłumaczę, w jaki sposób. Otóż należy najpierw zajść w ciążę, najlepiej bliźniaczą (bo później jest duża szansa na to, że nie będzie się miało czasu na jedzenie), przytyć w niej 18 kg, a po porodzie zrzucić wszystko z dwukilogramową nawiązką - co niniejszym jakimś cudem udało mi się popełnić. Od grudnia minęło sporo czasu. Najwyższa pora zaktualizować nasz lewy pasek. Madziare, usuń proszę tę ciążę. Z lewego paska :) Julka i Zuzia pochrapują sobie na leżaczkach, a ja mam wreszcie wolną chwilę dla siebie. Z kilkutygodniowego doświadczenia wiem, że nie potrwa ona długo, ale zawsze to już coś :) A! I dorzuć do tych 16tu kilogramów jeszcze moje dwa. To razem 18. Całkiem dojrzały ubytek wagowy nam z tego wyszedł ;) No i nie zapomnij o moich sześciu straconych kilogramach z ubiegłego roku. W końcu one też się liczą. No. Najtrudniej jest zacząć. Teraz wystarczy jeszcze tylko, że pozbędę się dziesięciu kilogramów, które mi zostały po ciąży z Piotrkiem i dziesięciu po ciąży z Kubą. Stare zaległości, ale kiedyś w końcu i za nie trzeba się zabrać ;)

Nie wiem, jak to będzie z pisaniem tutaj. Chciałabym codziennie coś dorzucić, ale bądźmy realistami. Dochodzi południe, a ja nadal w piżamie i bez śniadania. Korzystając zatem z tego, że dziewczyny jeszcze drzemią, idę zjeść późne śniadanie. W przeciwnym razie podzielę los tego faceta z filmu "Co mi zrobisz, jak mnie złapiesz", który miał fantastyczne połączenia i który jadł śniadanie na kolację ;)



PS. Ale z obiadem na za piętnaście siódma rano, to już na pewno się nie wyrobię ;)

czwartek, 9 grudnia 2010

Magda: świąteczne stygmaty czyli jak rozpoznać tę porę roku

Gdyby ktoś jeszcze się nie zorientował, kroczą radośnie w naszym kierunku Święta [bójcie się!]. Skąd to wiem? Oto kilku Jeźdźców Apokalipsy zapowiadających Boże Narodzenie:

1 - zima zaskakuje drogowców, którzy ze zdziwieniem obserwują opady atmosferyczne powoli zamieniające się w kleistą breję lub lód w zależności od temperatury...
2 - powierzchnie chodnikowe zaskakują przechodniów witając ich piaskiem i solą zaraz po tym jak ci orientują się, że wszelakie znaki malowane na chodnikach i drogach (jak pasy, olbrzymie rowery oraz strzałki) są o wiele bardziej śliskie i o wiele mniej widoczne spod śniegu niż fragmenty niemalowane podłoża;
3 - obniża się współczynnik inteligencji kierowców, którzy albo zaczynają się poruszać w tempie pozwalającym ślimakowi dosiąść się w biegu albo twierdzą, że opony zimowe to przesąd bab wiejskich i przyspieszają na pasach;
4 - reklamy wysysają resztki myślenia z odbiorców, dzięki czemu ulice i sklepy pełne są oszalałych zombie szukających mandarynek za 2,88 lub mamroczących numer do skrzata Andrzeja;
5 - natężenie piosenek "świątecznych" w radio zwiększa się wprost proporcjonalnie do zbliżania się do strefy Krysmasu, w związku z czym dżyngle belz i dżordż majkel stają się naszymi nowymi kolędami;
6 - pingwiniom w zoo marzną paluszki (serio - właśnie to ogłoszono!);
7 - im bliżej świąt tym mniej śniegu;
8 - moja mama urządza rewolucję na pawlaczu w celu okręcenia balkonu, całego bloku oraz okolicznych drzew ścisłym kordonem światełek, bombek i plastikowych mikołajów;
9 - znajomi i przyjaciele posiadający rodziny i dzieci przestają się odzywać, jako że nie mają czasu na socjalizowanie się nerwowo biegając po sklepach w poszukiwaniu robotycznych syrenek z wytrzeszczem i samostrzelających inteligentnych robotów;
10 - wszystkie sklepy - od tych mających w swoim asortymencie śrubki i zawiasy po salony samochodowe, pełne są spanikowanych klientów, manekinów w czerwonych czapeczkach i odpowiedniej na tę porę roku muzyki;
11 - nawet jajka z niespodzianką zmieniają się w mikołaje...

Czytałam kiedyś książkę o końcu świata, którego pierwszym symptomem była masowa histeria... Jeśli to już to jutro kupuję bilet na Bahama... No dobra, po świętach, bo nie daruję sobie jeśli nie zjem świąteczno-mamowego śledzia w oleju ;)

wtorek, 30 listopada 2010

Magda: Dzyń, dzyń, dzyń...

Szczerze powiedziawszy, do tej pory niezbyt lubiłam zimę - wieczne korki w drodze do pracy, czerwone nosy, szczypiące gałki oczne, niebezpieczeństwo dosłownie przy każdym kroku czyhające na biegnących do autobusu, przepocone kurtki współpasażerów, świąteczna szopka już od początku listopada, buty w których moje stopy wyglądają jak kozie kopytka...

W tym roku jest trochę inaczej - wraz z nadejściem pierwszego śniegu uczucie, jakby jakieś ważne obwody miały zwarcie w moim mózgu minęło, śnieg przykrył wydeptane trawniki oraz psie kupy, mogę w końcu bez kompleksów założyć czapę, w której wyglądam jak zaginiona bliźniaczka Jelcyna no i jest pretekst, żeby przypomnieć sobie w którym momencie przestać podgrzewać grzańca żeby jeszcze nadal był "winem" :)
I nic to, że na zimę zaczęłam magazynować każdą molekułę tłuszczu jaką mój organizm zdołał zassać w pożywieniu ale głównie z powietrza oczywiście. Cieszę się, że nie muszę wąchać ludzi w autobusach i nie muszę żyć jak kret bo zimowe światło słoneczne jest dla mnie dostępne także w godzinach "biurowych". Zima wyzwoliła mnie także od powracającej od czasu do czasu myśli, że potrzebny mi samochód - gdyby był, musiałabym go teraz skrobać, pchać, podkuwać i chuchać od środka...

Zima jest piękna - oglądana przez okna dobrze ogrzanego mieszkania! :))

sobota, 13 listopada 2010

Mari: senność...

...ostatnio głównie to odczuwam. Senność. Taką nie do opanowania. W objęcia Morfeusza uciekam często i przy każdej nadarzającej się okazji. Pozostając w tym nurcie tematycznym, obejrzałam niedawno (miało być wczoraj, ale że post ten zaczęłam pisać jakieś 10 dni temu, a później poddałam się senności właśnie, to z 'wczoraj' zrobiło się 'niedawno'...) film Magdaleny Piekorz "Senność". Rzecz utrzymana w nastroju listopadowym. Tyle samo prawdziwa, co przygnębiająca. Będę potrzebowała remedium. Czyli przynajmniej kilku odcinków "Friendsów" - na odreagowanie smutków różnych. A gdyby i to nie pomogło, może Madziare podzieli się ze mną swoimi wampirami ;)

Wracając na moment do tematu odchudzania, który obecnie jest mi równie bliski jak najodleglejsza z galaktyk, jestem przekonana, że przestój w traceniu zgrzewek wody na wadze u Madziare jest chwilowy. I co z tego, że trwa kilka tygodni? Czym jest kilka tygodni w porównaniu z wiecznością? To chwila przecież ;) Ja za chwilę rodzę. No dobrze, za jakieś 10 tygodni, ale wiadomo przecież, że ten czas zleci nie wiadomo kiedy. I tu natrętnie wraca do mnie pewna refleksja. O tym, że nie jest dobrze zafiksować się na tym, co wydarzy się za tydzień, dwa, miesiąc, rok. Bo myśląc o tym, co będzie, ucieka nam to, co jest teraz. Ta chwila, w której właśnie żyjemy. To, co można zrobić, to żyć najlepiej w chwili obecnej. Dobrze przeżyte chwile obecne złożą się na to, co przyniesie przyszłość.

Filozofuję listopadowo. Cóż, widocznie taki czas. Siedzę po turecku na kanapie z brzuchem tak dużym, że ledwie dosięgam do klawiszy laptopa. Dziewczyny kopią jak szalone. Najwyraźniej już teraz nie mogą doczekać się momentu, kiedy wydostaną się na nasz piękny świat. A może po prostu cieszą się chwilą obecną i tańczą swój taniec radości? Któż to odgadnie... ;)

piątek, 12 listopada 2010

Magda: o odchudzaniu słów kilka...

...w końcu z założenia miał to być blog o odchudzaniu właśnie, ale że niektórzy pomylili żywieniową prokrastynację z prokreacją ;) to temat jakoś zszedł był na plan dalszy. Może i dobrze, bo podobno maniakalne myślenie o odchudzaniu raczej przeszkadza niż pomaga i przytyć można z psychicznego przymusu pomimo rygorystycznego trzymania się diety. Potęga rozumu w czystej formie :)

Jak widać na magicznym pasku po lewej, wskaźnik na mojej wadze przestał się przesuwać w upragnionym przeze mnie kierunku. Stan ten trwa już od kilku tygodni - co dziwne (i totalnie demotywujące) nie ma znaczenia czy byłam grzeczna czy grzeszna (cały czas mówię o diecie ;)) Wprawia to nie tylko mnie ale i moją ulubioną panią dietetyk w stan permanentnego niezadowolenia - na kilku ostatnich spotkaniach rozważałyśmy nawet metodę szokową, czyli odrąbanie mi nogi, co zapewne odbiłoby się na mojej wadze. Zarzuciłyśmy jednak pomysł, jako że żadna z nas nie była w stanie się poświęcić aby obejrzeć film szkoleniowy z serii "Piła". Próbowałyśmy różnych sztuczek - przez ostatnie tygodnie poznałam 1001 potraw z kiwi i mango, nauczyłam się robić dietetyczne mielone (tu burza oklasków), z trudem udawało mi się spożywać coś co miało być grillowaną rybą (a było raczej spieczoną podeszwą) i nic. No dobra, kawa i wino nie sprzyjają odchudzaniu, ale co można robić jesienią? ;) Jedyną pociechą jest ubytek centymetrów w obwodach różnych, więc przynajmniej mogę znowu przygotować szafę  na nowych mieszkańców...

Tak, wiem - 16 kg to całkiem spory pies albo 3 zgrzewki wody średniogazowanej, ale do pełni szczęścia brakuje mi jeszcze pozbycia się 2 zgrzewek... Tak więc pani dietetyk podjęła ryzykowną decyzję, aby z fazy odchudzania przejść w fazę stabilizacji. Być może mój uparty organizm straci czujność, przestanie mi pokazywać środkowy palec i da się namówić później na jeszcze jeden skok w dół... Oby, bo jak nie, to czekam na najbliższą promocję na piły mechaniczne...

ps - widziałam ostatnio w necie majtasy ze specjalnymi silikonowymi wkładkami powiększającymi pośladki... coraz mniej rozumiem to, co się dzieje wokoło ;)

wtorek, 19 października 2010

Magda: jesienne klimaty

Dlaczego jesień zawsze pachnie palonymi liśćmi, mokrym psem, pomarszczonymi jabłkami i niepewnością? I to niezależnie od tego czy gdzieś w pobliżu są drzewa, psy i sady...
Dzisiejsza tajemnicza mgła natchnęła mnie nieco nostalgicznie - na fali tęsknoty za minionym kupiłam krem do twarzy dla pryszczatych nastolatek i wino o wdzięcznej nazwie Septiembre (to drugie z czystym sumieniem polecam miłośnikom). Dzięki temu uda się nieco cofnąć czas (chociaż jeśli spojrzeć na to z drugiej strony to po butelce wrześniowego czas wydatnie przyspiesza).

Jesień wyczynia dziwne rzeczy z ludzkim organizmem, a szczególnie kobiecym... Niezależnie od wieku zaczynamy jakoś tak częściej wzdychać, kupować więcej biżuterii, śnić przedziwne nocne historie i częściej spoglądać tęsknym wzrokiem na półki uginające się od gorzkiej czekolady z wiśniami. Ten sezonowy trend z Chopinem w tle pchnął mnie także na nieznane mi dotąd wody seriali wampirycznych. Nic tak przecież nie łagodzi jesiennych smutków jak wydatna blondyna w ramionach wychudłego bruneta o dziwnych upodobaniach kulinarnych... Ona przyzywa go czułymi myślami, a on w odwecie przysysa się do jej żywotnych arterii (niekoniecznie na szyi)... Jakaż szkoda, że nakręcili tylko 3 sezony, bo jesień w naszym klimacie długa... Na szczęście, moda na krwiopijczych samców o skomplikowanej osobowości trwa, więc można spokojnie skakać między serialami...

czwartek, 7 października 2010

Mari: czas to iluzja...

...a już z całą pewnością pojęcie względne. Niby powinnam mieć go pod dostatkiem, w końcu jestem na zwolnieniu, ale ciągle bywam raczej w niedoczasie. Bardzo dużo ostatnio śpię. Może to jest przyczyna moich niedomagań czasowych? Wiem, że nie można się wyspać na zapas (a szkoda), ale śpię jak szalona. Drzemka w ciągu dnia obowiązkowa. Czasem nawet dwie. Organizm w podwójnej ciąży potrafi dochodzić swego. Spróbowałabym się nie położyć, to pewnie zasnęłabym na stojąco.
W moim przypadku bilans lewego paska wychodzi na zero. Właśnie odzyskałam 6 kg, które udało mi się zgubić od kwietnia. Jak na połowę ciąży, to 6 kg uważam za naprawdę przyzwoity wynik, ale wczoraj przeczytałam z niepokojem w moim ciążowym kalendarzu, że od teraz powinnam się przygotować na gwałtowniejszy przyrost wagi spowodowany gromadzeniem tkanki tłuszczowej przez dzidziusia.
W moim przypadku razy dwa. Czy dzidziusie nie mogą sobie same gromadzić tej tkanki tłuszczowej? Bez mojego udziału? No ale tak to już jest. Im bardziej próbuje się od czegoś uciec, tym mocniej człowiek się z tym wiąże. No nic. Pozbędę się tego zbędnego tłuszczyku, kiedy już będzie po wszystkim.
Póki co ćwiczenie brzuszków nie wchodzi w rachubę - z przyczyn oczywistych.
Skoro nie mogę robić brzuszków, to chyba zjem śniadanie ;)