czwartek, 9 września 2010

Mari: a pamiętasz ostatni dzień przed powrotem do kraju?

Nocowałyśmy w Dreźnie. Holiday Inn, ale jakże inny od tego w Genui. Zamiast jednego rodzaju pieczywa, 15 (słownie: piętniaście!) różnych ciemnych chlebków. A oprócz tego kilka rodzajów dżemów (a dokładnie 19!), świeżo smażone jajka, sajgonki, kilka rodzajów wędlin, warzyw ile dusza zapragnie, herbata i kawa. Nie mylić z włoskim barley shit. O słodkich maślanych bułeczkach nie wspomnę... Patrząc teraz na nasz lewy pasek, myślę sobie, że to dobrze, że w Genui standardy hotelowe są zupełnie inne niż w Dreźnie. W przeciwnym wypadku wynik 14,4 kg na minusie pojawiłby się tu jakieś pół roku później. Czyli to raczej dobrze, że w Genui żywili nas tak, jak żywili. Przynajmniej wychodziłyśmy z hotelu o własnych siłach :) Zazdraszczam Ci, Madziare, prawie 15stu zgudnionych kilogramów. Ja zamiast gubić, póki co, znajduję. Jestem w połowie ciąży. Przytyłam 4 kg. Całkiem nieźle jak na doświadczenia moich poprzednich ciąż. Ale jeszcze kilkanaście tygodni przed nami. Wszystko się może zdarzyć... ;)

Magda: przełom wieku

W ramach nagradzania siebie za wytrwałość trafiłam wczoraj do nowego sklepu z biżuterią. Jako że postanowiłam odciąć się grubą (nomen omen) kreską od korporacyjnego dresscode'u (którego przestrzeganie jakoś nigdy nie weszło mi za specjalnie w krew), nie zwracałam uwagi na biżuterię srebrną odpowiednią dla mojego wieku, tylko od razu uderzyłam w kierunku co bardziej kolorowych i plastikowych dziwactw. 

Obejrzałam sobie tony kluczyków do serc, truskaweczek, kotków, rybich szkielecików, świnek (podobno jest to hit sezonu), atrap zegarków i gitarek, ominęłam szerokim łukiem dział z Hannah Montana, udałam że wcale nie patrzę pożądliwie na biżuterię wzorowaną na Zmierzchu, z żalem w sercu odłożyłam na miejsce różdżkę wróżki i w końcu wybrałam kolczyki w kształcie babeczek z bitą śmietaną :)) Freud chyba nie miałby zbyt dużego pola do popisu...

Nie byłoby w tym drobnym epizodzie z mojego życia nic wartego wzmianki, gdyby nie finał. Stoję sobie mianowicie ze swoją nową zdobyczą w ręku kontemplując czy jednak nie zdecydować się na miniaturowe arbuzy (wybór tym trudniejszy, że były one w komplecie z miniaturowymi kaczuszkami, a to źle mi się kojarzy ;) i zostaję zagadnięta przez sprzedawczynie (wiek ok.20 lat): "A może zechciałaby Pani wybrać jeszcze coś dla siebie?" Na początku nie wiedziałam o co jej chodzi, przecież babeczki są dla mnie i tylko dla mnie! A później przyszło zgubne olśnienie i zaczęłam się rozglądać za chodzikiem...

Czy różowy robocik na różowym łańcuszku, którego zabezpieczyłam sobie czas jakiś temu jest oznaką nadchodzącego kryzysu wieku średniego? Dobrze, że nie jestem facetem, bo nie uniosłabym na szyi czerwonego porsche z 18-latką w środku ;)

wtorek, 7 września 2010

Mari: jako że zdarza mi się odkładać wiele rzeczy na 'później'...

...to 'już' wczoraj przejrzałam czerwcowy dodatek do 'Zwierciadła' - 'Sens' (ale za to z czerwca tego roku! ;) i wpadł mi w oko artykuł pt. 'Jutro, czyli nigdy' - o prokrastynacji. Prokrastynacja to chorobliwe, patologiczne wręcz odkładanie wszystkiego na później, czyli na 'Świętego Nigdy'. Wreszcie znalazłam wytłumaczenie stanu, w którym się znajduję od dobrych kilkunastu miesięcy. Nikt nie może mi już powiedzieć, że to lenistwo. Ta nazwa na 'p' bardziej mi się podoba ;)

I tu mogę zakończyć wątek naszej włoskiej wyprawy, choć za oknem jesienna słota, a z wyprawy przecież wróciłyśmy latem. Odkładałam pisanie, odkładałam i z sierpnia nagle zrobił się wrzesień (ale za to mamy nadal ten sam rok ;)

Żeby nie było, że tylko narzekam, bo śniadania nie takie, bo Pulpetta bez kołdry, w koszu łazienkowym śmieci po jakimś facecie, ale faceta w pokoju to już żadnego...
Wyjazd był mimo tych drobnych szczegółów szalenie udany. Każdego dnia wyszukiwałyśmy sobie wygodny kawałek plaży tylko dla nas, rozkładałyśmy parasole (kupiłyśmy własne, bo te włoskie do wynajęcia strasznie były drogie - ale przecież miałam już nie narzekać, więc nie będę :) i pławiłyśmy się od rana do wieczora w ciepłym morzu. No może nie tak od rana, ale od południa to już na pewno.
Ćwiczyłyśmy też regularnie mięśnie brzucha, bo przecież wiadomo, że nic tak brzucha nie kształtuje, jak porządna głupawka, trwająca nieprzerwanie od świtu do nocy :)

Do Pulpetty co wieczór dzwonił Książę Małżonek. Marta odbierała i zaczynała rozmowę radosnym: 'bongiorno' (czyt. 'bondziorno') i dalej radośnie sobie ćwierkali w języku angielskim, bo Książę Małżonek Polakiem nie jest. Któregoś wieczoru zdarzyło się coś zabawnego. Marta spodziewała się telefonu, ale że kończyła właśnie manicure, poprosiła, żebym to ja odebrała telefon i porozmawiała chwilę, aż ona będzie gotowa do przejęcia słuchawki. Powiedziałam, że nie ma sprawy, w końcu z Arshadem (to mąż Marty) znamy się od lat, poczucie humoru ma podobne do mojego, nieraz żartowaliśmy przez telefon, to i tym razem mogę.
Telefon zadzwonił. Marta nadal dłubała w paznokciach, Madziare przeglądała zrobione tego dnia fotki, odebrałam zatem i naśladując Martę, wykrzyknęłam radośnie:
- Bongiorno!
- Bongiorno - odpowiedział męski głos po drugiej stronie
Aha! Udaje, że mnie nie poznał i teraz będzie udawał, że to nie on - znam ja te jego numery.
Ciągnę więc dalej niskim, uwodzicielskim głosem:
- Hello, this is Marija speaking, how are you today?
- I have a phone call for you, madame - usłyszałam po drugiej stronie. Czyli nadal udaje, że to nie on! Tu go mam :)
- O, you have a phone call for me? Hmmm... I hope it's some hot Italian guy? - powiedziałam zalotnie.
- Well, I don't know, if it's hot Italian guy, but... shall I connect you? - usłyszałam zmieszany głos, który raczej nie był głosem Arshada... Czemu wcześniej nie rozpoznałam, że to nie on???
Aaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaa!!!!!!!!!!
Rozmawiałam z recepcjonistą, któremu w końcu udało się przełączyć do nas Arshada, niestety żadna z nas przez kilka następnych chwil nie była w stanie wytłumaczyć Arshadowi, dlaczego dusimy się ze śmiechu.
Krótko mówiąc nie nadaję się raczej do obierania cudzych telefonów i raczej nie powinnam tego robić. Po tym incydencie rozważałyśmy opcję wychodzenia z hotelu wyjściem garażowym, żeby uniknąć przechodzenia koło recepcji, ale zrezygnowałyśmy z tego pomysłu. I tak nikt nie wiedział, która z nas to Marija ;)

Zastanawiam się, co by tu jeszcze opisać, zamykając wątek włoskich wakacji... Szkoda, że żadna z nas nie miała laptopa ze sobą. Opisywanie wszystkiego na gorąco daje pewność, że więcej zabawnych historii, powiedzonek, ocali się od zapomnienia...

Madziare, czy oprócz naszego (i tu napiszę fonetycznie): 'sori, ajm pregnent' - wymawianego z włoskim akcentem, używanego w sytuacjach, kiedy musiałyśmy poważnie złamać przepisy ruchu drogowego, żeby dotrzeć do celu - miałam jeszcze coś opisać? Nie pamiętam.
Ale od czego są didaskalia? Pewnie jeszcze długo będziemy tu i ówdzie wtrącały: 'a pamiętasz, jak we Włoszech...'

Na tym zakończę póki co. I pójdę się zdrzemnąć. Odkładam tę drzemkę już od rana ;)