wtorek, 24 sierpnia 2010

Mari: jak to 'Włosi nie mają tradycji jedzenia śniadań?'...

...czyli ciąg dalszy następuje ;)
Wyobraźcie sobie Państwo, że Włosi nie mają tradycji jedzenia śniadań. Wiem, napisałam to już w tytule, ale musiałam powtórzyć raz jeszcze, bo do tej pory wierzyć mi się nie chce, że tak właśnie jest. Śniadanie dnia piewrszego było dla nas duuużym doświadczeniem. Moja babcia, kiedy jeszcze żyła, opowiadała mi o ciężkich czasach wojny i jak to niczego nie było do jedzenia, i jak jedli obierki z ziemniaków... Ale w życiu bym nie przypuszczała, że doświadczę tego na własnej skórze... a właściwie na kubkach smakowych.
Zjechałyśmy na nasze pierwsze śniadanie, pełne optymizmu i wiary w ten świat. W restauracji okazało się, że chyba spałyśmy za długo, bo do wyboru został jeden rodzaj bułek, tak twardych, że trzeba je było rozmiękczać w palcach, inaczej podrapałybyśmy sobie dziąsła, do tego masło - sądziłam, że nieświeże, ale po dwóch dniach okazało się, zę TO masło właśnie tak ma smakować, oprócz tego były pomidorki - 5, 6 sztuk do wyboru, zatem co rano jedna z nas rzucała się na pomidorki właśnie, a do tego jeden rodzaj sera (i dobrze, bo wiadomo, że kobieta i tak nie może się na nic zdecydować, więc przynajmniej w przypadku sera nie musiałyśmy podejmować żadnych decyzji. Dobrze było, jeśli jeszcze był na talerzu ;), do sera jeden rodzaj wędliny - znów dobrze, tu też pozbawiono nas dylematów ;) Zapomniałabym o jajkach. Gotowanych - jak na mój gust - raz w tygodniu. Raz, a dobrze. Zielone i twarde. Niby jajka, a każde z nich było niczym twardy orzech do zgryzienia ;) Szybko okazało się, że wcale nie wstałyśmy tego dnia za późno. Hotelowe śniadanie wyglądało tak każdego dnia. Codziennie rano wdrażałyśmy więc w życie nasz plan. Jedna polowała na resztkę suchych bułek, kolejna na pomidory i ser a jedna była coffee managerem. Z kawą też było super. Maszyna do napojów wyglądała okazale. Jeden przycisk był do gorącej wody, inny do kawy rozpuszczalnej, kolejny do kawy zbożowej, jeszcze inne były do kawy cappucino i kawy americano. Ta maszyna przypominała mi rosyjską ruletkę. Zgadzał się tylko przycisk do wrzątku. Wszystkie pozostałe sprawiały, że filiżanki były pełne - jak to mawiałyśmy - barley shit... Cóż, po angielsku brzmi to znacznie lepiej, zachowam więc oryginalne nazewnictwo... ;)
Kiedy oburzona śniadaniowym doświadczeniem, zadzwoniłam do Krzyśka i opowiedziałam Mu o naszych porannych perypetiach, dowiedziałam się, że to normalne, bo przecież Włosi nie mają tradycji jedzenia śniadań... Czy tylko my byłyśmy tym faktem zdziwione???

wtorek, 17 sierpnia 2010

Mari: o wyprawie włoskiej słów kilka… a nawet kilkanaście

Wybaczcie moje długie milczenie, ale dopiero teraz powoli dochodzę do siebie po tych wszystkich fantastycznych dźwiękach piosenek U2, które do dziś brzmią w mojej głowie.
Nie, co tam koncert w Turynie! Madziare śpiewała prawie całą drogę. A teraz się dziwi, że po takich doznaniach muzycznych słowa z siebie wykrztusić nie mogę... ;P

Powiem to raz i niech to będzie jasne jak słońce raz na zawsze: babskie wakacje są najlepsze na świecie! :)

Pierwszym naszym krokiem do sukcesu było wydostanie się z Warszawy. Aby ułatwić ten proces, tudzież aby pozbyć się nas jak najszybciej, mój mąż zakupił mi nawigację. Do tej pory nawigacją była mi mapa, ale przecież technika galopuje naprzód z prędkością światła, nie należy więc pozostawać zbytnio w tyle. Po szczegółowym instruktażu i wypróbowaniu tego małego telewizorka, zaprogramowałam najważniejsze punkty podróży. Najpierw adres hotelu w Norymberdze, później adres hotelu w Genui. Proste jak drut. Z tym urządzeniem nie można nie trafić do celu, a do tego jeśli prowadzi Cię Krzysztof Hołowczyc, sukces murowany.
Jakież więc było nasze zdziwienie, kiedy po godzinie krążenia po Warszawie, zerknęłyśmy do zaplanowanej trasy i jako punkt docelowy – zamiast hotelu w Norymberdze – zobaczyłyśmy jakąś ulicę w Paryżu. Z pewnością równie urokliwą jak miejsce w Norymberdze, do którego zmierzałyśmy, ale przecież to nie Paryż był celem naszej wyprawy! Dwie i pół godziny zajęło nam ponowne zaprogramowanie złośliwego urządzenia oraz wyjazd z Warszawy. Diabelski przyrząd pokazywał już tylko:
12 – godzin – do – celu…

Jechałyśmy dziarsko, gadając nieustannie dosłownie o wszystkim. Trochę szkoda, że nie miałyśmy włączonego dyktafonu. Wyszłaby z tego całkiem zabawna książka, albo chociaż materiał na skecze kabaretowe.
Po pokonaniu ponad tysiąca kilometrów dotarłyśmy ciemną nocą do Norymbergi. Po zalogowaniu się w hotelu, padłyśmy nieprzytomne na łóżka. Chyba żadna z nas nie miała problemów z zaśnięciem ;)
Rano śniadanie, kawka (proces… - chciałoby się dodać ;) i wyruszyłyśmy w dalszą drogę. Drugiego dnia miałyśmy do pokonania jedynie 700 km. Jazda po niemieckich autostradach to bajka. W Szwajcarii malownicze widoki zapierały nam dech w piersiach. Długie tunele też nam zapierały dech, ale z trochę innych powodów. Na szczęście każdy z nich kiedyś się kończył (zupełnie jak nasz lewy pasek na blogu ;) Kilkanaście godzin podróży zleciało nie wiadomo kiedy i znów ciemną nocą dotarłyśmy do celu naszej wyprawy, włoskiego miasteczka Genova, czyli Genua (nie mylić ze szwajcarską Genevą ;)

Po nocy spędzonej w Holiday Inn w Norymberdze, w hotelu tej samej sieci w Genui spodziewałyśmy się co najmniej tak samo dobrych warunków. Nie żebyśmy były aż tak wymagające, ale przynajmniej mogliby ścierać kurze od czasu do czasu. Pewnie ścierali. Bardzo od czasu do czasu ;) Marcia (Pulpetta czyli), będąc żoną managera jednego z londyńskich hoteli, postanowiła, że nie daruje im tego kurzu. Na nasze nieszczęście, znalazła też w koszu na śmieci w łazience jakieś pozostałości po męskich kosmetykach (dobrze, że tylko po kosmetykach...) i to tylko dolało oliwy do ognia. Cała obsługa hotelowa została postawiona na nogi. Cała, czyli jeden pan z recepcji, bo akurat była niedziela i dyżurował samotnie. Oj, nie miał ów pan lekkiej nocy z nami, bo dość szybko okazało się też, że Pulpetta ma na swoim łóżku tylko koc i prześcieradło. A kołderka gdzie???
Wszystkim, którzy się zastanawiają, czy napadłyśmy na bank, że stać nas było na tygodniowy pobyt w Holiday Inn w Genui, donoszę, iż mąż Marty zorganizował nam spory upust. Tak spory, że za ów hotel zapłaciłyśmy mniej, niż za średniej klasy hostel. Krótko mówiąc – żyć, nie umierać ;)

Perypetie pierwszej nocy sprawiły, że rano obudziłyśmy się mocno głodne (ja nawet potrójnie), szybko więc się ubrałyśmy i zjechałyśmy do hotelowej restauracji na śniadanie. Tu czekało nas kolejne rozczarowanie. Tak duże, że zaczęłyśmy żałować, że przez pomyłkę nie pojechałyśmy jednak do Paryża…

Ale o tym c.d.n…

wtorek, 10 sierpnia 2010

Magda: koncert (długo by opowiadać ;))

Wyprawa na koncert została zaplanowana jako część naszego dorocznego wakacyjnego wypadu - postanowiłam zaryzykować i namówiłam Mari na wyjazd do Włoch kosztem naszego dorocznego babskiego plażowania na ukochanej Krecie. Bilety na koncert kupione zostały tradycyjną fanowską metodą czyli w niezmiernie nerwowej atmosferze już pierwszego dnia sprzedaży - nie za bardzo orientowałam się na jakie miejsca, czy naprzeciwko czy za sceną, jako że mapka wyjątkowo mętna a włoski mało zrozumiały. Nieważne - ważne że były i to 'po taniości' jako ze wyjazd miał być ekonomiczny. Sprytny plan jednak padł w momencie, gdy dowiedziałyśmy się o operacji Bono i odwołaniu części trasy (na szczęście amerykańskiej jej części - niech nie mają za dobrze na tym zgniłym zachodzie ;)).
Jako że 'nasz' koncert miał być pierwszym koncertem europejskiej części trasy, czułyśmy się conajmniej lekko niepewnie więc postanowiłyśmy postawić na wolność wyboru i jazdę samochodem. Doszłyśmy do wniosku, że jeśli kieszonkowy rudzielec się nie wykuruje na czas, pojedziemy w innym kierunku... I muszę przyznać szczerze, że ta myśl kusiła mnie bardzo, szczególnie gdy siedziałam kilka tygodni w zaciemnionym pokoju marząc o zimnych drinkach i ciepłym morzu...

Fatum niewiadomego zawisło nad nami ponownie w momencie, gdy Mari idąc za głosem instynktu wykonała test ciążowy - z wiadomym wynikiem. Na szczęście na tym froncie wszystko było w porządku, lekarz dał nam zielone światło więc postanowiłyśmy nie zmieniać planów. Oczekując na wieści z niemieckiego szpitala w
którym Bono symulował ciężki uraz kręgosłupa, namówiłyśmy jeszcze jedną niewiastę o imieniu Marta na wyprawę z ziemi polskiej do włoskiej (albo to Marta namówiła nas - nie jestem do końca pewna ;)) Marcia wniosła w posagu znaczną zniżkę na noclegi w hotelu, dzięki czemu udało nam się nie zbankrutować kompletnie i wydawać mniej niż na hostel. Tyle że w Genui. Genua jest na wybrzeżu, 2 godziny drogi od Turynu - witajcie upragnione wakacje! :)) Żegnajcie - koczowanie pod stadionem i polowanie na autografy pod hotelem... Pożegnanie nie było jednak łzawe i obyło się bez scen ;)

Pławiąc się w nieprzyzwoicie ciepłym morzu i zajadając jego mieszkańcami w okolicznych knajpach (to akurat mój repertuar, dziewczyny patrzyły z fascynacją zabarwioną obrzydzeniem na moje kulunarne eksperymenty), zastanawiałam się cały czas jak to będzie - czy chłopaki dadzą radę po przerwie, jak będzie się sprawował głos i kręgosłup Bono, czy nadal wyjazd na drugi kraniec Europy zakończy się podsumowaniem 'Warto było...'. Moje towarzyszki miały szczęście, bo zastanawiać się nie musiały, za to musiały znosić moje próby edukacji muzycznej przed i po koncercie - z różnym skutkiem (chociaż przyznać muszę, że o wiele łatwiej im szło po fakcie).

W dniu koncertu na miejscu byłyśmy dość wcześnie jak na trybuny, ponieważ dopisek 'non numerata' przy oznaczeniu sektora (za przeproszeniem, curva nord) wzbudził mój słuszny, jak się później okazało, niepokój... Około 12:30 zaparkowałyśmy zupełnie po włosku w niezbyt dozwolonym miejscu w okolicy stadionu i ruszyłyśmy na przegląd tygodnia czyli podziwianie kolejki oraz poszukiwanie sępa, który obedrze nas ze skóry bo brakowało nam jednego biletu na wspomnianą curvę... Sępy zwane też konikami znalazły się prawie natychmiast, nawet nie trzeba było się ogłaszać, że bilet potrzebny. Przebicie niestety 3-krotne...Wstydliwa transakcja została dokonana głównie za pomocą pantomimy, ponieważ Włosi ani angielskiego, ani niemieckiego, ani francuskiego języka nie znają (a tu kończyły się nasze zasoby). Obejrzałyśmy następnie wystawkę z podrabianych koszulek (zwalczyłam w sobie chęć zakupu italodiscowej wersji w kolorze fiuletowym), uśmiałam się z masowo kupowanych przez Włochów badziewnych opasek i ruszyłam na poszukiwanie nieznajomych znajomych z jutowego forum a moje wspólniczki zadbały w tym czasie o mniej duchową strawę zajmując strategiczne miejsce w winiarni przy stadionie (wino jak zwykle okazało się przepyszne a moja interpretacja zamawiania dwóch lampek za pomocą tańca nowoczesnego - skuteczna ;). Poględziliśmy z kolegami chwil parę w pełnym słońcu i rozeszliśmy się każde do swojej kolejki - oni tam gdzie wskazywały numerki, ja do kolejki do drzwi z magicznym kółeczkiem, które okazało się prorocze bo kółeczko było, a jakże, w podłodze...

A w kolejkach (tych pod stadionem) jak zawsze - koczowanie, spanie, zdjęciowanie (min z podrabianym Bono na tle podrabianych koszulek), jedzenie (widziałam później na zdjęciach olbrzymiego grilla), śpiewy, zakupy (Włosi mimo że nieuzdolnieni językowo to jednak przedsiębiorczy naród i potrafią sprzedać grzebień łysemu a co dopiero zimne piwo czy wodę z lodem zasmażanym od kilkudziesięciu godzin fanom). Moje nieuświadomione koleżanki pytały zdumione dlaczego ci ludzie są za kratkami i mają numerki jak w obozie zagłady jakimś a do tego się z tego cieszą i dlaczego czekają od przedwczoraj zamiast iść zwiedzać miasto. Nawet niedługo zajęło mi wyjaśnianie mechanizmu kolejkowania i oraz tego że jak ktoś jest napiętnowany manią i fanizmem, to zrobi wszystko żeby być pod sceną, ze spaniem w krzakach przez dwa dni i biegiem przez płotki wzdłuż stadionu włącznie.

W okolicach 16.00 zaczął się potok sms-ów od ciekawych wieści spod stadionu więc poszłyśmy sprawdzić czy przy naszej bramce już wpuszczają i utknęłyśmy tam na 50 minut. W 40-stopniowym upale i zerowym cieniu. Manana, manana... Wrrrr..... W tym momencie znielubiłam Włochów baaaardzo, za to polubiłam Francuzów, którzy obgadali moją koszulkę Poland on the Horizon (a co!) i nawiązali konwersację o pogodzie. Nasza ciężarówka zaległa w cieniu a my z Marcią próbowałyśmy sforsować elektroniczną bramkę po tym jak nie mniej elektroniczni bramkarze co najmniej 3 razy poinformowali mnie, że tak, to właśnie ta bramkan jest właściwa. Oczywiście na migi. Ale to nie była TA bramka bo żaden bilet na nasz sektor tam nie działał. Nie działał też żaden bramkarz: "Do you speak English?" "No!" "Where should we go??" "Spierdalamento ragazza!" tja... na szczęście udało mi się uczepić rękawa młodzieńca który znał kilka zdań po angielsku i chyba zauważył że jest na nas skazany bo go nie puszczę, dopóki nie wejdę na stadion. Bidulek ciągał nas za sobą przez około godzinę, bo tyle trwała bieganina dość sporej grupy ludzi z naszego sektora od jednego ochroniarza do drugiego... Podobna sytuacja była pod kilkoma innymi bramkami - zdezorientowani (a w przypadku Włochów z pianą na ustach ze wściekłości) fani błądzili wokół stadionu próbując przeciskać się w różnych kierunkach i unikać blokad związanych z przepuszczaniem ludzi na płytę (kiedy puszczano kolejkowiczów, zatrzymywano pozostałych - taki ruch wahadłowy owocujący ściskiem i totalną dezorganizacją typu burdel na kółkach z gwizdkiem). Miałam już przed oczami wizję chodzenia do rana i szukania właściwej bramki albo bycia stratowaną przez rozśwcieczony tłum w podrabianych koszulkach. Na szczęście nasz półprzewodnik wykazał się sprytem i skopiowawszy mój manewr zakotwiczenia, dorwał ochroniarza, który nie zdążył się wyrwać i mam wrażenie, że zagroził co najmniej zrobieniem kolacji z głowy jego ulubionego konia nadziewanej węgorzami bo tamten postanowił znaleźć nam właściwą bramkę. I wtedy stał się cud na miarę zwycięstwa Polskiej reprezentacji w jakimkolwiek meczu - na czytniku pokazały się upragnione zielone strzałki! Mogłam więc oddać rękaw jego właścicielowi i z okrzykiem triumfu rzucić się do toalety, z której wypadłam jeszcze szybciej tym razem z okrzykiem przerażenia...

Postanowiłyśmy zatem spróbować szczęścia na trybunie - umościłyśmy się naprzeciwko sceny tak, żeby namiot dźwiękowca nam nie zasłaniał i wahadłowo zaczęłyśmy krążyć w poszukiwaniu strawy duchowej i materialnej. Woda w butelkach oczywiście była bez śmiercionośnych zakrętek (owszem sprzedają, ale odkręcają - pełna butelka może uszkodzić cel w który zostanie rzucona, tylko że rzucając z trybun musiałabym być supermanem żeby dorzucić do sceny, jestem super, ale bez przesady ;)) Koszulki jakieś takie blade przy wytworach chińskich spod stadionu więc postanowiłam uzupełnić zastawę nadszarpniętą przez ostatnie lata błędów i wyzeczeń i nabyłam kubas trasowy po czym udałam się na spoczynek na upatrzone pozycje.

Spokój nie trwał długo, bo okazało się wkrótce, że oprócz biletów 'non numerata' sprzedawano bilety 'numerata' na ten sektor przy czym nie można było przewidzieć na które obowiązuje miejscówka a na które nie, więc byłyśmy przeganiane notorycznie przez ich posiadaczy, co nie przeszkodziło naszej potrójnej wyspać się i prawie przegapić Kasabian robiących za przystawkę dla U2... Nic zresztą jej nie ominęło, ponieważ dźwięk na trybunie był porównywalny do nagłośnienia na dożynkach w Kózkach Dolnych więc tylko dzięki umiejętności czytania z ruchu warg można się było domyślić co w danym momencie było śpiewane - na szczęście na mój ulubiony kawałek czyli Vlada Palownika ktoś z obsługi się ocknął i pokręcił suwakami więc nieco dało się słyszeć... Kasabian grzecznie (jak na siebie) podziękował i zszedł ze sceny zastąpiony przez dobrze mi znane sylwetki technicznych U2... To już za chwilkę, już za momencik... Na ekranie zaczęło się odliczanie, Mari i Marcia ziewały a ja już nie mogłam wytrzymać  - niech to się wreszcie zacznie!!!!  W końcu tłum zafalował, muzyka się skończyła za to zaczął się wrzask niesamowity. Wyszli, są!!!!! Dym poszedł nie tylko ze sceny ale i z moich uszu ;)) Torinoooooooooooooooooooo!!!! Nie będę się rozwodzić nad samym koncertem - dla mnie to zawsze przeżycie jedyne w swoim rodzaju, którego magię w pełni odczuwam tylko w danym miejscu i czasie i raczej trudne do opisania post factum, więc ciekawym pozostawiam wyszukanie odpowiedniego wątku na U2forums.

Wystarczy że napiszę, iż po wszystkim wyszłam ze stadionu w stanie pozytywnego oszołomienia, totalnego ochrypnięcia i z objawami porażenia słonecznego  albo może dźwiękowego (co w sumie przypominało całkiem niezłe naćpanie), czym mogę wytłumaczyć późniejszy zakup przymałej koszulki podrabianej za to z motywem fotograficznym (niezmiernie rozmazany negatyw zdjęcia zespołu). Nie przeszkadzali mi ani sprzedawcy piwa i wody, ani labirynt ze stoisk koszulkowych ani depczący mi po palcach równie nieprzytomni fani...
Na długo ten koncert zostanie ze mną i we mnie, a przynajmniej do odsieczy wiedeńskiej pod koniec miesiąca, która mam nadzieję bliskością sceny zetrze w pył wspomnienie wieczoru podczas którego Bono latał nad ziemią prawie tak wysoko jak ja :)
Kto nie słyszał Laaaaaaaaaaamoooooooooooooooooorrrrrrrrrrrrrrrrrr (z Miss Sarajevo) na żywo nie będzie i tak wiedzieć o czym piszę... musicie mi wierzyć na słowo, że było warto. Po stokroć... Mimo że organizacja leżała, upał był masakryczny a toalety jak z horroru, to i tak to jeden z tych niezapomnianych wieczorów w moim życiu, podczas których znowu mogłam poczuć muzykę całą sobą od czubka rozczochranej czupryny po przybrudzone turyńskim pyłem pięty... To niesamowite jak tych czterech w sumie niepozornych 50-latków z Dublina potrafi wstrząsnąć moim życiem i zamienić je w coś lepszego... They move me in mysterious ways! :)


 



 ps - Mari obiecała opisać pozostałą część wyjazdu bo ja już mam słowne constipazione :))