środa, 21 lipca 2010

Magda: górka

Nie ma pojęcia czym sobie na to zasłużyłam (ale korzystam póki mogę), ale jestem na takim prądzie wznoszącym, że niedługo będę miała siniaki na czaszce od obijania się o sufit... Tym bardziej jest to dziwne, że w zeszłym tygodniu sytuacja była dokładnie przeciwna - taplałam się w bagnie samoumartwiania magazynując psychiczne doły jak baby cukier na wojnę...

Niby nic się nie zmieniło - nadal mam nadmiar zajęć (ten z tych przytłaczających), nadal zmiana klimatu na gorące piekło nie pozwala mi pracować ani spać, podżerają mnie insekty przedzierające się przez moskitierę (właśnie usłyszałam w radio, że statystyczny Polak zjada w życiu 3,5 pająka przez sen - no to teraz nie zasnę napewno), na grząskich wodach finansów panuje ciągły odpływ mimo zmian faz księżyca, krople deszczu wyparowują zanim dosięgną ziemi, bolą mnie zęby nawet te których nie mam, moja strona nadal w lesie a waga nie spada jakby mogła. A jednak 600 gram z tego tygodnia znacznie przewyższa 60 deko z zeszłego (percepcja to okrutna pani), budzę się z radością że świeci słońce (i z jeszcze większą, kiedy pada deszcz) a moja praca dostarcza mi tyle endorfin że nie potrzebna mi ani czekolada ani brunet wieczorową porą ;)

Może to dzięki ludziom, których spotkałam ostatnio i którzy podładowali mnie swoją pozytywną energią, może to perspektywa mini-wakacji wśród wielbicieli kobiet z Europy Wschodniej ;), może świadomość, że za 16 dni zobaczę moje ukochane U2 w akcji na żywo, może to wizja Mari rechoczącej w morzu, może ubrania w które się teraz mieszczę, a może maliny... Cokolwiek by to nie było, cieszę się, że mi się to przydarzyło (lub przydarzy)! :))

1 komentarz:

  1. Rechoczącej? No wiesz! W morzu zaśmiewam się jak prawdziwa dama przecież. Zresztą U2! ;D

    OdpowiedzUsuń