wtorek, 8 czerwca 2010

Magda: doktor dobra rada

Wróciłam i wbrew pozorom jeszcze żyję aczkolwiek świadczy o tym jedynie śladowe tętno i nieznośny zakwasowy ból mięśni (ale to ten rodzaj, który lubię, bo za każdym razem gdy się poruszam przypominam sobie co doprowadziło mnie do tego stanu ;))

Jeśli chodzi o dietę to nawet nie poszło źle (wyniki tego chodzenia ujawnię jutro na kultowym pasku po lewej) oprócz pierwszego dla mnie grillowania w tym roku. Niby jadłam tylko to co dozwolone, ale obawiam się, że zarówno gabaryty jak i długość posiłku mocno przekroczyły dozwolone normy. Ale jakoś nie ma z tego powodu wyrzutów sumienia, tym bardziej, że zwalczyłam dzisiaj dzielnie chęć zanurzenia głowy w kabanosach na stoisku mięsnym ;))

Ale ja nie o tym... Udałam się dzisiaj do lekarza w zupełnie innej sprawie. Pan doktor, waga najwyżej kogucia, robiąc ze mną wywiad przed badaniem zadał niedyskretne pytanie o tendencje do tycia, ja oczywiście przyznałam się jak na spowiedzi, że i owszem są na stanie ale walczę i już mam pewne sukcesy za sobą. Na to pan doktor obiecał, że po skończonej części oficjalnej wyjawi mi niesamowity sekret szybkiego chudnięcia. Spojrzałam na niego krytycznie, bo co taki kurczaczek może wiedzieć o chudnięciu ale postanowiłam nie protestować. Okazało się oczywiście, że mój sceptycyzm był jak najbardziej uzasadniony - dottore powiedział, że nie ma nic lepszego jak piesza wyprawa przez góry Hiszpanii z 20-kilogramowych plecakiem do Compostelli (czy jak to się pisze) i że w ten sposób przez 2 dni zgubił 5 kilo (ciekawe z czego - może zabrał pieska ale go zostawił...). On gadał jak najęty a ja wysilałam się, żeby się głupkowato nie rozchichotać... Facet, ja noszę już na sobie 20 kilogramów nadwagi, razem z tym plecakiem byłoby 40... Pudzian by się umęczył. Musiałabym mieć obiecaną utratę co najmniej 1 kilograma nadwagi na 1 kilogram dźwiganego ciężaru a na mecie - dostęp do nieograniczonych zasobów nietuczącego ptasiego mleczka i dietetycznej metki łososiowej żeby dać się namówić na takie brewerie... A przy moim szczęściu i wadze prędzej dostałabym zawału i ruptury niż straciła jakiekolwiek kilogramy... 

Niech lepiej chudzi pozostaną chudzi po cichu i nie mieszają w głowach takim jak ja, bo to albo śmiesznie wychodzi albo dołuje jak się trafi na niedobry moment... Od tej chwili porady przyjmuję jedynie od osób, które mogą udokumentować utratę co najmniej 10 kilogramów ;))

ps - przypomniała mi się inna pani doktor, która radziła mi (wtedy jakoś tak 100-kilogramowej masie z krótkimi rączkami) punktowe smarowanie pleców... Łahahahahahahahaha!!!!! Chyba uznała, że skoro mam opony z tłuszczu to jestem kobietą-gumą... ;))

1 komentarz:

  1. Umarłam! :D :D :D :D :D :D :D :D :D :D :D :D :D :D

    Gdyby od śmiechu ginęły kilogramy w tempie 1kg na 1 dłuższy śmiech "głęboko z brzucha", musiałabym przeczytać ten post raptem 30x i już.
    I jeszcze ile przyjemności bym w tym miała, o!
    Dżusta

    OdpowiedzUsuń