Niektórzy to mają w życiu naprawdę z górki i stres powoduje u nich blokadę łaknienia. Ja w stresie rzucam się na pożywienie jak lew na gazelę - zwierzyna nie zdąży jeszcze ostygnąć a ja już kończę posiłek...
Dzisiaj miałam bardzo wysoki poziom stresu skutkiem czego ocknęłam się w pewnym momencie z paszczą pełną czegoś. Naprawdę nie pamiętałam co i jak wpakowałam do buzi, być może zrobiłam to tak szybko że mózg tego faktu nie zarejestrował... Kiedy odzyskałam jako-taką zdolność przyczynowo-skutkowego myślenia, doszłam do wniosku że właśnie kończę przeżuwanie jabłka popitego jogurtem - na szczęście w domu posiadam tylko i wyłącznie to co mamy w diecie dozwolone, inaczej pewnie chrupałabym o wiele bardziej intensywnie. Inspekcja kosza na śmieci wykazała, że z jabłka najpierw chirurgicznie usunęłam ogryzek a z jogurtu - wieczko... Może mam jakąś spożywczą schizofrenię? Najpierw piszę epistołę do Mari (miało być krzepiąco a wyszło jak zawsze ;)) a później sama popełniam to samo... A może chwilowa utrata świadomości to okoliczność łagodząca?
Całe szczęście że nie popełniłam tej sztuczki z nieobranym ananasem - byłoby ciężko ;))
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz