niedziela, 9 maja 2010

Magda: kuchenny sajgon

Wtajemniczeni wiedzą, że dla swojego własnego dobra oraz w ogólnie pojętym interesie społecznym, nie powinnam robić trzech rzeczy: śpiewać, prowadzić samochodu i gotować (niekoniecznie w tej kolejności).
Będąc osobą litościwą - nie śpiewam i nie jeżdżę autem (aczkolwiek niewykluczone, że kiedyś dane mi będzie wykonywać te dwie czynności naraz), jednak od czasu do czasu jestem zmuszona coś ugotować. Do tej pory mój repertuar ograniczał się zazwyczaj do wody na herbatę (chociaż i to podobno udało mi się kiedyś przypalić), parówek i jajek. Przemysł garmażeryjny także bywał przydatny dostarczając produktów (czasami nawet całkiem smacznych dopóki ich nie przesoliłam lub nie rozgotowałam), które wystarczyło odgrzać lub odsmażyć. Wynik był łatwy do zaobserwowania, szczególnie z orbity okołoziemskiej...

Pierwsze tygodnie diety pod tym względem nie były dla mnie problemem, dopóki nie zapomniałam, że właśnie coś przygotowuję na obiad, ale w sumie lubię dobrze spalone mięso, więc obyło się bez głodówki. Niestety, wraz z postępami diety, nadchodzą coraz to bardziej wymyślne przepisy. Opiekująca się mną dietetyczka z NH wpadła w lekką panikę i z obłędem w oku wertowała propozycje kulinarne, po tym jak kategorycznie odmówiłam gotowania zup, przygotowywania wywarów, duszenia warzyw i tym podobnych kompletnie mi obcych obrzędów (nie na darmo przecież dla optymalnego wykorzystania z przestrzeni mieszkalnej zamieniłam większą część kuchni w ciemnię fotograficzną). Dostałam kilka propozycji do wyboru wraz z prośbo-nakazem "niech Pani chociaż spróbuje".

Tak więc walczę od zeszłej środy - oczywiście odrzuciłam wszystkie przepisy wymagające długoterminowego znęcania się nad produktami spożywczymi. Mam za sobą dwie próby przygotowania czegoś co nie wygląda lub/i nie smakuje jak rozmoczona skarpeta. W obu wypadkach +100 punktów za wytrwałość przygotowania, +100 punktów za odwagę w konsumowaniu, -1000 punktów za efekty... Dość powiedzieć, że na widok sałatki warzywno-jajecznej w sosie curry nastoletnia latorośl mojej kumpeli zapytała mnie rezolutnie, czy będę to jeść czy właśnie zwróciłam... No ale głodny organizm nie jest wybredny...
Dzisiaj walczyłam z bakłażanami - niestety po raz n-ty przekonałam się, że pomimo iż znam osoby, którym ta sztuczka wychodzi, moje krążki nie są ani chrupiące ani smaczne a przypominają smakiem i strukturą rozmoczonego bardzo starego grzyba, takiego, którego nawet ślimak by nie ruszył. Chyba nie będę ryzykować jutro w sprawie omleta i z dozwolonych produktów skomponuję jajecznicę...

Sumienie mam czyste - spróbowałam, wczytałam się uważnie w przepisy, wykonałam polecenia, wyszło jak zawsze... Gotowanie zostawiam ludziom, którzy mają wyczucie, cierpliwość i inwencję w kuchni, ja ten czas wolę poświęcić na coś innego bo skrobanie przypalonych garów jest uciążliwe...

 ps: mój wewnętrzny kot ma komentarz:
źródło: www.garfield.com

2 komentarze: