...trzeba to sobie powiedzieć szczerze i bez ogródek. Ten tydzień nie był najlepszy... E tam, ten tydzień był fatalny, jeśli chodzi o zdrowy styl życia. Nie, nie mam tu na myśli ani biegania, ani innych karkołomnych wyczynów. Tak, chodzi o jedzenie. Przez cały tydzień jadłam tak zwane potrawy "na winie". Polega to mniej więcej
(i raczej więcej, niż mniej niestety) na tym, że człowiek je, co mu się nawinie. Wiem, nie ma nic gorszego. Ok, no może udałoby mi się wymienić parę gorszych rzeczy niż chaos żywieniowy, ale dość mocno wybiło mnie to z rytmu. Na przesilenie wiosenne już chyba nie wypada tego zwalać? Może ciśnienie? Może brak słońca...
A niech to, akurat świeci. I to już drugi dzień! W porządku, tylko spokojnie. To nie ciśnienie, ani nadmierne nasłonecznienie. To ja.
W rozchwianiu pod każdym względem. Ale i takie dni być może są potrzebne, aby wrócić - o ironio - do równowagi...
Ten weekend jest ukoronowaniem całego tygodnia.
Jutro przyjęcie komunijne.
W menu nie zauważyłam gotowanych warzyw. Wymigać się od przyjęcia też nie mogę, w końcu jestem matką tego młodego komunisty. Dzielnie zatem wracam do moich zdrowych nawyków. Nie będę reagowała na zaczepki ze strony podstępnych słodyczy. Pozostałe pułapki również postaram się omijać szerokim łukiem, co nie powinno być trudne, bo w wąski łuk raczej bym się nie zmieściła ;) W poniedziałek kolejne ważenie.
Z góry (acz ze spuszczonymi ze wstydu oczami) uprzedzam, że sukcesem będzie jeśli nie wrócimy do stwierdzenia, że jest nas mniej o: 8,8 kg...
I od razu przyznaję, że to ja nawaliłam. Ja, nie Madziare...
Więcej grzechów nie pamiętam, za wszystkie bardzo żałuję
i proszę, nie patrzcie na mnie z takim zgorszeniem. Każdemu zdarza się grzeszyć. Podobno lepiej grzeszyć i później żałować, niż żałować, że się nie grzeszyło. Nie pamiętam, kto to powiedział.
I nie do końca jestem przekonana, czy autor miał tu na myśli jedzenie... ;)
Najgorsze co by teraz mogło się stać - podczas ważenia okazuje się, że Twoja waga się nie zmieniła albo spadła... Kara musi być ;) i motywacja do większej dyscypliny. Esta! Esta!
OdpowiedzUsuńMari, każdy ma chwile zwątpienia i zachwiania równowagi, ale ważne, żeby przestać wynajdywać wymówki i wrócić na ten tor, który się przedtem obrało... Czy jedzenie jakby jutra nie było zwraca równowagę? Czy uspokaja rozchwianie i rozdygotanie? Może tylko na chwilę pozwala zająć myśli czymś innym, ale później jest jeszcze gorzej. I to dopiero jest jedzenie "na winie". I wyrzutach sumienia...
Nie demonizuj komunijnego obiadu - jak poprosisz kelnera o sałatkę warzywną bez sosu to pewnie nie padnie trupem z oburzenia, a nigdzie nie jest napisane, że należy wchłonąć wszystko co stoi przed nami na stole (zastawa jest własnością restauracji :)) Też tam będę więc jakbyś chciała, mogę Ci zacząć ględzić ;))
Dobrze, Mamo :*
OdpowiedzUsuń