Z codziennego zabiegania zapomniałam się nie przyznać, że zeszły tydzień kulinarnych potyczek nie przyniósł żadnego efektu. Zero ubytków... Niby to efekt zatrzymania wody w organizmie (hormony i takie tam), ale ja wiem swoje - gotowanie mi nie służy! Komplikacje w kuchni powodują, że automatycznie puchnę, pewnie z nerwów...
Jednak nie podziałało to na mnie dołująco, bo wiem, że znalazłam się w czymś co nazywam fazą utupywania (informatyk pewnie przemianowałby to na defragmentację tłuszczu) - puste przestrzenie pomiędzy różnymi pokładami tłuszczu powstałe w wyniku odchudzania muszą się zapełnić istniejącymi pokładami tego budulca cobym się nie rozeszła na szwach. Jako że nowe tłuściochy nie są dostarczane, w związku z tym kurczę się wszerz, kurcze :) Czuję to już wyraźnie po ubraniach, oby tylko skóra nadążała z kurczeniem się także (mam wrażenie, że powinnam zacząć używać kremów dla kobiet po ciąży - może ktoś polecić jakieś dobre?). Chudnę w oczach, szkoda, że nie w d.... ale i na to przyjdzie czas.
Przede mną następny sprawdzian silnej woli - trzydniowy wyjazd do Krakowa. Jeśli oprę się solonym preclom i zapiekance na kazimierskim rynku o północy, to już nic mnie nie ruszy! Do napisania po powrocie!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz