...są prawdziwą zmorą mojej dietetycznej codzienności.
Z Madziarowego posta zresztą wynika, że nie tylko mojej.
I nie umiem wytłumaczyć, na czym dokładnie to polega.
Pół biedy, jeśli spędzamy czas we własnym domu.
W długi weekend jednak pojechaliśmy do rodziców, do naszego
rodzinnego miasta – Piotrkowa.
W weekendy mam obniżoną odporność na różne pokusy. Na szczęście rodzina wspiera mnie na wiele sposobów. Mama Krzyśka (Krzysiek to mój osobisty mąż ;) upiekła pyszne rogaliki, po czym porzuciła je, a sama wyjechała na dwa tygodnie oczyszczania organizmu. Krzyśka Tata umie upiec najlepsze na świecie ciasto drożdżowe ze śliwkami. I w ten weekend również je popełnił. Naprawdę, robią co mogą, żeby okazji do ćwiczenia silnej woli mi nie brakowało ;)
Rogalików i ciasta dzielnie nie tknęłam, skusiłam się jedynie na kilka słonych paluszków i mały kawałek białego chleba z masłem. Mogę być z siebie dumna. Zapomniałam nadmienić, że Krzyśka Tata piecze też najlepszy na świecie chleb pełnoziarnisty. Całe szczęście, już w kilka dni po przejściu na zdrowy styl życia, żołądek skurczył mi się na tyle, że dwie kromki na śniadanie są szczytem moich możliwości konsumpcyjnych. Wieczorem moje możliwości są dużo większe, więc w czasie szykowania kolacji ratuję się żuciem gumy.
I to pomaga.
Weidera porzuciłam chwilowo, ale moje ciało wysyła mi dość jasne sygnały, że ta separacja nie wychodzi mi na zdrowie. Znów źle się schyliłam, kiedy podnosiłam walizkę z podłogi i kręgosłup aż jęknął.
Albo wrócę do Weidera – oznajmił – i wzmocnię mięśnie brzucha, dzięki czemu go znacznie odciążę, albo on – kręgosłup znaczy – odmawia współpracy ze mną. Obiecałam mu, że wrócę do Weidera
i że będę dostrzegała wyłącznie dobre strony jego sadystycznej osobowości ;)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz