Jutro następny sprawdzian silnej woli i odporności. Tym razem - wesele. Na szczęście będę tam "służbowo" więc ograniczy to moje możliwości podżerawcze, jednak dostępność do grzesznych uciech kulinarnych będzie na pewno większa niż u mnie w domu... Ruszę tam uzbrojona w jabłka i mój ulubiony budyń z NH (oczywiście zabiorę także narzędzia pracy mojej), czym zapewne wzbudzę ogólna wesołość przy stole dla obsługi, jak zresztą przy większości towarzyskich okoliczności ostatnio. Ale jakoś mi to nie przeszkadza - niech sobie ludziska myślą co chcą, ja mam swój plan, którego będę się trzymać. Howgh! :))
Errata: nawet nie miałam za specjalnie czasu nad zastanawianiem się nad stanem mojego żołądka, bo tyle się działo przez cały dzień... DJ rzeczywiście dziwnie na mnie spojrzał jak na weselu wyciągnęłam budyń do rozrobienia w wodzie, ale uszczęśliwiło go to w sumie, bo mógł zjeść mojego kotleta. Dla każdego coś dobrego :)
Warzyw-power? Możesz dorabiać jako tytularz w jakiejś poczytnej gazecie :)
OdpowiedzUsuńkilka razy aplikowałam na c-writera ale na szczęście (bo inaczej byśmy się nie poznały :) dla większości rekruterów przeklasyfikowanie zawodowe podpada pod kategorię cudu na miarę zimy nie zaskakującej drogowców ;)
OdpowiedzUsuńCzy Ty wiesz, że zanim zaczęłam pracę tu, gdzie zaczęłam, też miałam być copywriterem? Tu płacili więcej. Boszzz... jak dobrze. O mały włos naprawdę byśmy się minęły :)
OdpowiedzUsuńpewnie spotkałybyśmy się i tak, tylko w innym biurze... jesteśmy na siebie skazane ;)
OdpowiedzUsuńJuż zawsze będę wybierała pracodawcę, który płaci więcej kasy. To pewnie ten klucz... :D
OdpowiedzUsuń