Obyło się bez ofiar - nie był to bowiem kryzys woli (twardym trzeba być, nie miętkim!) ani wieku średniego. Nie wiem, czy to wynik diety, wirującego jak seks ciśnienia, wszędobylskiej chmury czy plam na słońcu, a może wszystkiego naraz i po trochu, ale gdyby ktoś pokusił się o wyrysowanie moich biorytmów na weekend, okazałoby się, że linie fizycznej i intelektualnej sprawności znalazły się głęboko pod poziomem zero... Tak zapewne czuje się człowiek, który zmienia się w zombie - totalny zanik mięśni i atrofia mózgu. Byłam w stanie jedynie szurać nogami i podziwiać ziejący pustką krajobraz mojego intelektualnego upadku.
Na szczęście życie nie pozwoliło mi porosnąć mchem - musiałam wyrywać się kilka razy z niebytu min. na penetrację opuszczonej fabryki (zakończoną porażką ale przynajmniej spacer fajny był) i sesję foto, dzięki czemu zdołałam zauważyć że wiosna się rozszalała w pełni - pąki i kwiecie na drzewach, szalejące ptactwo, migdalące się na ławkach parki w parku... Ale i tak zadziwiona jestem, że znalazłam siłę, żeby wrócić do domu i paść jak spróchniałe drzewo.
Plusem całej sytuacji było to, że nawet jeść mi się nie chciało - zero pokus, zachciewajek, kulinarnych marzeń oraz snów o jedzeniu. Są jednak straty po weekendzie (uwaga: wyznanie) - niemoc nie pozwoliła mi dokończyć przewidzianych na niedzielę ćwiczeń sadysty Weidera więc dzisiaj będę musiała ćwiczenia zacząć od nowa (dobrze, że nie dopadło mnie w środku czy pod koniec cyklu ćwiczeniowego).
a może zamiast ćwiczyć lepiej poruszać muszką ;-) http://www.youtube.com/watch?v=KQ8oLngKzGI&feature=player_embedded
OdpowiedzUsuńto je dobre ;)
OdpowiedzUsuń...ale to jakby nie to samo ;))
OdpowiedzUsuńWiedziałam! Wiedziałam, że te wszystkie chude larwy z gazet wcale nie są takie chude ;D Oprócz Kate Moss ;)
OdpowiedzUsuń