wtorek, 17 sierpnia 2010

Mari: o wyprawie włoskiej słów kilka… a nawet kilkanaście

Wybaczcie moje długie milczenie, ale dopiero teraz powoli dochodzę do siebie po tych wszystkich fantastycznych dźwiękach piosenek U2, które do dziś brzmią w mojej głowie.
Nie, co tam koncert w Turynie! Madziare śpiewała prawie całą drogę. A teraz się dziwi, że po takich doznaniach muzycznych słowa z siebie wykrztusić nie mogę... ;P

Powiem to raz i niech to będzie jasne jak słońce raz na zawsze: babskie wakacje są najlepsze na świecie! :)

Pierwszym naszym krokiem do sukcesu było wydostanie się z Warszawy. Aby ułatwić ten proces, tudzież aby pozbyć się nas jak najszybciej, mój mąż zakupił mi nawigację. Do tej pory nawigacją była mi mapa, ale przecież technika galopuje naprzód z prędkością światła, nie należy więc pozostawać zbytnio w tyle. Po szczegółowym instruktażu i wypróbowaniu tego małego telewizorka, zaprogramowałam najważniejsze punkty podróży. Najpierw adres hotelu w Norymberdze, później adres hotelu w Genui. Proste jak drut. Z tym urządzeniem nie można nie trafić do celu, a do tego jeśli prowadzi Cię Krzysztof Hołowczyc, sukces murowany.
Jakież więc było nasze zdziwienie, kiedy po godzinie krążenia po Warszawie, zerknęłyśmy do zaplanowanej trasy i jako punkt docelowy – zamiast hotelu w Norymberdze – zobaczyłyśmy jakąś ulicę w Paryżu. Z pewnością równie urokliwą jak miejsce w Norymberdze, do którego zmierzałyśmy, ale przecież to nie Paryż był celem naszej wyprawy! Dwie i pół godziny zajęło nam ponowne zaprogramowanie złośliwego urządzenia oraz wyjazd z Warszawy. Diabelski przyrząd pokazywał już tylko:
12 – godzin – do – celu…

Jechałyśmy dziarsko, gadając nieustannie dosłownie o wszystkim. Trochę szkoda, że nie miałyśmy włączonego dyktafonu. Wyszłaby z tego całkiem zabawna książka, albo chociaż materiał na skecze kabaretowe.
Po pokonaniu ponad tysiąca kilometrów dotarłyśmy ciemną nocą do Norymbergi. Po zalogowaniu się w hotelu, padłyśmy nieprzytomne na łóżka. Chyba żadna z nas nie miała problemów z zaśnięciem ;)
Rano śniadanie, kawka (proces… - chciałoby się dodać ;) i wyruszyłyśmy w dalszą drogę. Drugiego dnia miałyśmy do pokonania jedynie 700 km. Jazda po niemieckich autostradach to bajka. W Szwajcarii malownicze widoki zapierały nam dech w piersiach. Długie tunele też nam zapierały dech, ale z trochę innych powodów. Na szczęście każdy z nich kiedyś się kończył (zupełnie jak nasz lewy pasek na blogu ;) Kilkanaście godzin podróży zleciało nie wiadomo kiedy i znów ciemną nocą dotarłyśmy do celu naszej wyprawy, włoskiego miasteczka Genova, czyli Genua (nie mylić ze szwajcarską Genevą ;)

Po nocy spędzonej w Holiday Inn w Norymberdze, w hotelu tej samej sieci w Genui spodziewałyśmy się co najmniej tak samo dobrych warunków. Nie żebyśmy były aż tak wymagające, ale przynajmniej mogliby ścierać kurze od czasu do czasu. Pewnie ścierali. Bardzo od czasu do czasu ;) Marcia (Pulpetta czyli), będąc żoną managera jednego z londyńskich hoteli, postanowiła, że nie daruje im tego kurzu. Na nasze nieszczęście, znalazła też w koszu na śmieci w łazience jakieś pozostałości po męskich kosmetykach (dobrze, że tylko po kosmetykach...) i to tylko dolało oliwy do ognia. Cała obsługa hotelowa została postawiona na nogi. Cała, czyli jeden pan z recepcji, bo akurat była niedziela i dyżurował samotnie. Oj, nie miał ów pan lekkiej nocy z nami, bo dość szybko okazało się też, że Pulpetta ma na swoim łóżku tylko koc i prześcieradło. A kołderka gdzie???
Wszystkim, którzy się zastanawiają, czy napadłyśmy na bank, że stać nas było na tygodniowy pobyt w Holiday Inn w Genui, donoszę, iż mąż Marty zorganizował nam spory upust. Tak spory, że za ów hotel zapłaciłyśmy mniej, niż za średniej klasy hostel. Krótko mówiąc – żyć, nie umierać ;)

Perypetie pierwszej nocy sprawiły, że rano obudziłyśmy się mocno głodne (ja nawet potrójnie), szybko więc się ubrałyśmy i zjechałyśmy do hotelowej restauracji na śniadanie. Tu czekało nas kolejne rozczarowanie. Tak duże, że zaczęłyśmy żałować, że przez pomyłkę nie pojechałyśmy jednak do Paryża…

Ale o tym c.d.n…

4 komentarze:

  1. chciałam tylko dodać, że w Norymberdze pan Hołowczyc obwieścił swym aksamitnym głosem koniec trasy na trawniku prywatnej posesji... przez chwilę bawiłyśmy się myślą czyby nie zapukać i zapytać który pokój jest nasz :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Myślę, że Twój śpiew mógł go nieco oszołomić. Poza tym przyznasz chyba, że nie bardzo dopuszczałyśmy go do głosu ;)

    OdpowiedzUsuń
  3. Ostrrro w lewo, ostrrrro w lewo, ostro!!!!!

    OdpowiedzUsuń
  4. Ja??? Myślałam, że to Ty prowadzisz! ;)

    OdpowiedzUsuń